Na przejściu granicznym między Tajlandią a Kambodżą mieliśmy pewne obawy czy zostaniemy wpuszczeni do Tajlandii, gdyż sytuacja związana z koronawirusem była coraz bardziej dynamiczna. Po zbadaniu temperatury oraz podpisaniu oświadczenia, że nic nam nie dolega, wbito nam pieczątkę w paszporcie i mogliśmy cieszyć się już 3. wizą do Tajlandii. W Bangkoku niby pustki, niby nie. Knajpy pełne, ale jakby na ulicach spacerowało mniej osób. Zostało nam jeszcze kilka drobnych miejsc, które chcieliśmy zwiedzić, a których nie zdążyliśmy zobaczyć na początku naszej wyprawy. Oprócz świątyń Wat Arun (nie wchodziliśmy na teren stupy – świątyni, gdyż była bardzo dobrze widoczna z zewnątrz) oraz Wat Pho z leżącym Buddą (nie weszliśmy bo wzrost ceny o 100% nas zniechęcił) mieliśmy jeszcze jedną zaległą atrakcję – tzw. Ping Pong Show. W skrócie – ponownie daliśmy się naciągnąć ale na szczęście zamiast zapłacić wystawionego rachunku za 2 piwa na 500 zł, byliśmy już wyszkoleni w negocjacjach i oburzaniu się i skończyło się na 32 zł. Samego „seansu” widzieliśmy może z 5 sekund, gdyż od razu po zachowaniu obsługi zorientowaliśmy się, że chcą nas na wszystkim wykiwać. Naszym błędem było, że poszliśmy do dzielnicy Phat Pong zamiast na ulicę Soi Cowboy gdzie wyglądało to mniej naciąganie i nikt nas nie zaczepiał byśmy skorzystali z „show” płacąc tylko za piwo.
Kolejnego dnia wyruszyliśmy z głównego dworca w Bangkoku pociągiem do Surat Thani, skąd wzięliśmy busa do Khao Sok. Tu już nie daliśmy się „oszukać” i udało nam się kupić bilety za 150 THB (proponowano nam pierwotnie 250 THB). W miejscowości, która stanowi bramę do parku narodowego Khao Sok zameldowaliśmy się w resorcie Morning Mist w małej chatce. Po południu udaliśmy się na poszukiwania oferty wycieczki po parku uwzględniającej przeprawę przez jaskinię Nam Talu (wiedzieliśmy z innych blogów do której konkretnie chcemy iść). W naszym resorcie powiedzieli, że ta jaskinia jest zbyt niebiezpieczna i nie organizują tam wypraw. W kilku innych ofertach też jej nie znaleźliśmy. Ostatecznie udało się i zdecydowaliśmy się na ofertę Smiley Bungalows w dość dobrej cenie z jaskinią, która nas interesowała. Wieczór spędziliśmy w basenie przy drinkach w promocji.
Kolejnego ranka stawiliśmy się na zbiórkę, plecaki zostawiliśmy w biurze (zabraliśmy tylko mały plecak, gdyż wycieczka jest 2 dniowa z noclegiem na jeziorze w głębi parku). Park Khao Sok to jedno z tych miejsc, które utkwiło nam bardzo w pamięci. Piękne widoki, wysokie, porośnięte góry, kajaki, cisza (a raczej odgłosy dżungli) a przede wszystkim bardzo ciepła i SŁODKA woda (temp ok. 33-34 stopnie) oraz brak komarów. W ofercie mieliśmy wliczony jeden nocleg w domku na wodzie wraz z wyżywieniem oraz wieczorne i poranne „safari” oraz wcześniej wspomnianą przeprawę przez jaskinię. Safari polega głównie na pływaniu pomiędzy górami i klifami i wyszukiwaniu dzikich zwierząt (nam się udało i zobaczyliśmy małpę, która raczej na co dzień z ludźmi nie ma zbyt dużo do czynienia).
Przeprawa przez jaskinię to było coś. Pełno pająków, był też wąż (na szczęście nie kobra, która tam występuje) oraz przejście gdzie nie raz trzeba było przepłynąć, bo wody było tak dużo, że nie sięgaliśmy dna. Jaskinia oczywiście była nieoświetlona, jedynym źródłem światła były nasze czołówki.
Cały park byłby idealnym miejscem na kilkudniowy wypoczynek – niestety takie atrakcje i dłuższy pobyt kosztują już znacznie więcej ale jeśli ktoś będzie na południu Tajlandii to warto wykorzystać te dwa dni i nie leżeć na plaży a zobaczyć ten cud natury.
W parku nie było zasięgu, więc nie wiedzieliśmy jak się rozwinęła sytuacja z covid. Po dotarciu do miejscowości zobaczyliśmy, że w Polsce jest źle a w Tajlandii robi się coraz gorzej. Zapomnieliśmy wspomnieć ale już wcześniej nasz przewoźnik – linia Scoot odwołała nam lot z Singapuru do Berlina, więc na tamtą chwilę nie mieliśmy biletu powrotnego. Powstały dwa obozy – mój, gdyż chciałem zostać oraz Marty, która chciała koniecznie wracać korzystając z „Lot do domu”. Trzeba przyznać, że trochę się kłóciliśmy i próbowaliśmy przekonać drugą stronę do swoich racji. Ostatecznie zaproponowałem , że jeśli mamy wracać to niech Marta kupuje bilety, a ja się podporządkuje – decyzja i piłeczka po jej stronie. Tak też się stało – o 3 w nocy Marta wyrwała się z łóżka nie mogąc spać i kupiła bilety na 23.03. Rankiem 20.03 wyruszyliśmy w stronę Bangkoku. Dotarliśmy do niego kolejnego dnia. Miasto było bardziej opustoszałe niż przy naszej ostatniej wizycie. Ostatni dzień poświęciliśmy na kupowanie pamiątek, wypiciu tylu soków z owoców ilu się da oraz zjedzeniu ostatniego Pad thai’a (a i oczywiście wypicu ostatniego Changa – piwo). Ostatniego ranka zjedliśmy śniadanie, które serwowano już tylko na wynos i udaliśmy się na lotnisko. Na tablicy lotów czerwono (90 % lotów odwołanych). Poobijaliśmy się, aż w końcu zaczął się boarding. To był nasz pierwszy lot narodowym przewoźnikiem (i raczej ostatni bo znając ich ceny nie wiemy po co przepłacać skoro różnicy w stosunku np. do UIA żadnej). Lot długi ale do wytrzymania. Uwierały maseczki, które każdy musiał mieć na sobie przez całą podróż. W Polsce w Warszawie chcieliśmy udać się na kwarantannę przygotowaną przez sanepid (np. w Istebnej). Niestety stopień chaosu, zniechęcania nas oraz gróźb ze strony Sanepidu i Sztabu Kryzysowego ostatecznie nas zniechęcił. Wskoczyliśmy do autobusu podstawionego dla ludzi z „Lot do domu”, który zabrał nas do Katowic. Tam moi rodzice podstawili nam samochód, którym udaliśmy się do miejsca naszej dwutygodniowej kwarantanny – Pensjonatu Willa Rufina w Strumieniu – naszego ostatniego noclegu w całej podróży.
Bardzo dziękujemy Pani Ewie, która pomogła nam niezmiernie abyśmy mogli spokojnie odbyć kwarantannę nie zagrażając nikomu, zwłaszcza rodzinie :). Dziękujemy i serdecznie polecamy to miejsce !
I ja tam byłam i miód tam piłam ( jakoś tak to leciało) . Byłam z Wami (myślami) każdego dnia i tak sie cieszę, że spelniliscie marzenie,?