Trasa do Sajgonu zajęła nam dwa dni z jednym noclegiem, który lekko przedstawiliśmy w klipie w poprzednim poście. Wybraliśmy dłuższą trasę aby uniknąć głównej drogi dojazdowej do miasta z obawy o kontrole policyjne.
Ruch w Sajgonie zwiększał się stopniowo aż osiągnął stopień sajgonu. Bardzo obawialiśmy się jak będzie wyglądać przemieszczanie się po tym mieście. Poniżej klip przedstawiający nasze poruszanie się po tym dużym mieście.
Jako zakwaterowanie zdecydowaliśmy się na hostel w pokoju wieloosobowym (łóżka dwuosobowe wraz ze śniadaniem). Cena i lokalizacja były korzystne ale pokój był niewiarygodnie mały. Na 16 m2 mieściło się 16 osób, dodatkowo cieknąca klimatyzacja w pokoju po drugim noclegu spowodowała nieprzyjemny zapach. Plusem było, że mogliśmy zostawić motocykl w hostelu na czas wyjazdu z zorganizowaną wycieczką do Delty Mekongu.
Tego dnia wieczorem wybraliśmy się na ulicę spacerową – bulwar Nguyen Hue, która z racji, iż była niedziela zostaje zamknięta dla ruchu samochodowego. Zjedliśmy lody w McDonaldzie i po krótkim spacerze po centrum wróciliśmy do hostelu.
Kolejnego dnia mieliśmy urlop w podróży – cały dzień przeznaczyliśmy na park wodny Dam Sen Waterpark. Po trudnej trasie w godzinach szczytu dotarliśmy na miejsce. Bilety były tanie (24 zł za cały dzień), atrakcji nie brakowało jak i również słońca. Skorzystaliśmy z wszystkich możliwych zjeżdżalni, basenów i leżaków. To było coś czego bardzo potrzebowaliśmy.
Wieczorem zjedliśmy Bun Cha, wypiliśmy piwo Bia Saigon na tarasie naszego hostelu i poszliśmy na spacer główną, imprezową ulicą miasta – Bui Vien. Tam też zatrzymaliśmy się na piwie w jednej z ulicznych knajpek, obserwując próby zdobycia klientów przez dziewczyny do towarzystwa, których na ulicy było całkiem sporo. Obok tych pań ulicą często przechadzali się młodzi rodzice z bardzo małymi dziećmi (rodzice przyszli na imprezę, więc zabrali dziecko).
Na ulicy jest niewyobrażalnie głośno. Każdy z klubów jakby starał się aby jego muzyka grała jeszcze głośniej, a pomiędzy tym wszystkim są jeszcze mniejsi sklepikarze, którzy wyciągają głośniki i śpiewają jakby sami dla siebie karaoke.
Następnego dnia wróciliśmy na szlak historyczny. Na naszej liście było: pokolonialny Główny Urząd Pocztowy z XIX w., Bazylika katedralna Notre Dame z XIX w., Street Food Market oraz Muzeum Pozostałości Wojennych.
Sajgon podczas wojny wietnamskiej był stolicą Południowego Wietnamu. W mieście nie raz były toczone walki z partyzantami z Wietkongu (zwolennicy komunistycznego Północnego Wietnamu). Tam też została ostatecznie przypieczętowana porażka wojsk amerykańskich (które były koalicjantami Południowego Wietnamu), które w popłochu ewakuowały swoich obywateli z dachu hotelu pod koniec wojny.
Muzeum jest punktem, który koniecznie trzeba odwiedzić aby zrozumieć choć w minimalnym stopniu dramat zwykłych ludzi podczas tej wojny. Galeria zdjęć i eksponatów ukazuje zatrważające skutki bombardowań, zrzutów napalmu i Agent Orange, czyli broni chemicznej zastosowanej przez Amerykanów. Wtedy też zrozumieliśmy skąd tak spora ilość osób w Wietnamie ze zdeformowanymi kończynami. Jest to rezultat użycia tej broni, poprzez którą cierpią także kolejne pokolenia. Zdjęcia i opisy, choć czasem propagandowe bardzo mocno ukazywały skalę ludobójstwa podczas tego konfliktu.
Na najniższym poziomie budynku znajduje się galeria poświęcona podziękowaniu państwom, które wsparły komunistyczny Wietnam po wojnie. Wśród nich jest także Polska, która przekazała 9 generatorów prądotwórczych a także Polacy przekazywali krew dla Wietnamczyków. Oczywiście opisujemy tylko namiastkę tego co można zobaczyć w muzeum. Do muzeum pojechaliśmy Uberem, po raz pierwszy w historii naszego podróżowania (o taksówce nawet byśmy nie pomyśleli).
Zdecydowaliśmy się również na pizzę i ponownie kupiliśmy lody w McDonaldzie (tanie i smaczne, ok. 1,7 zł). Wieczorem ponownie wybraliśmy się na piwo na imprezową ulicę, tym razem usiedliśmy w centralnej części tego harmidru. Tego dnia doświadczyliśmy również nieprzyjemnego incydentu. Zakupiliśmy herbatę na ulicy, gdyż dużo lokalnych tam ją piło. Znając ceny oraz uśpieni po nieturystycznych terenach zaufaliśmy sprzedawczyni. Niestety, podyktowała nam cenę trzykrotnie wyższą i byliśmy pewni, że chciała nas oszukać. Uznaliśmy, że to nasz błąd, że nie zapytaliśmy najpierw o cenę. Uświadczyło nas to w przekonaniu, że gdybyśmy nie mieli możliwości odwiedzenia nieturystycznych miejsc, to Wietnam mógłby zapaść nam dużo gorzej w pamięci.
Następnego dnia musieliśmy zostawić nasz motocykl i część bagaży, gdyż udawaliśmy się na dwudniową wycieczkę do Delty Mekongu. Kupiliśmy ją w jednym z biur podróży w przystępnej cenie.
W programie było – spływ Mekongiem, fabryka cukierków kokosowych, fabryka makaronu ryżowego, pokaz produktów wykonanych z bambusa, fabryka miodu, targ wodny, smakowanie egzotycznych owoców oraz pokaz tradycyjnej muzyki, zakwaterowanie w hotelu w standardzie na który byśmy sobie pewnie normalnie nie pozwolili, posiłki. Wieczorem wybraliśmy się do centrum miejscowości, kupiliśmy m.in. tradycyjną brzoskwiniową herbatę z mlekiem, która niestety okazała się być zepsuta, sajgonki, mięso na patyku i pierożki. Do hotelu wróciliśmy ponownie Uberem, ale za 2,5 zł chyba warto.
Całość wycieczki była bardzo skomercjalizowana i gdzie tylko mogliśmy staraliśmy się uciekać od naszej grupy. Plusem dla nas było to, że odpoczęliśmy od planowania i kombinowania naszej podróży. Po powrocie do Sajgonu nocowaliśmy w tym samym hostelu co wcześniej (klimatyzacja została już naprawiona) a wieczorne piwo przenieśliśmy do naszego łóżka w pokoju.
Gdy wyjechaliśmy z zatłoczonego Sajgonu, skierowaliśmy się w stronę wojennych tuneli Cu Chi. Była to sieć 250 km podziemnych tuneli (dla zwiedzających udostępniona tylko niewielka część), która pierwotnie służyła mieszkańcom wioski w celu obrony przed Wietkongiem i wojskami amerykańskimi (nalotami), która następnie została przejęta przez rebeliantów z północy i przekształcona jako formacje obronno-ofensywne.
Na terenie znajdowały się kuchnie polowe, szpitale, punkty strzelnicze a także mnóstwo różnego rodzaju pułapek. Były one zadziwiające w swojej prostocie i straszne w swoim okrucieństwie. W zbiorach muzeum są także zniszczone lub pozostawione amerykańskie pojazdy, w tym czołgi oraz transportery opancerzone ze śladami walki oraz helikopter i bombowiec B-25, który był głównym bombowcem podczas wojny.
Po tej lekcji historii udaliśmy się w stronę ostatniego punktu, który chcieliśmy zobaczyć w Wietnamie. Jest to kaodaistyczna świątynia, która stanowi centrum religijne tej wiary. Coś jak Bazylika Św. Piotra dla katolików. Gdy dojechaliśmy do celu, ulokowaliśmy się w guest housie i poszliśmy na wieczorne nabożeństwo o godzinie 18.
Kaodaizm jako religia jest mieszaniną wielu innych m.in. chrześcijaństwa, buddyzmu, konfucjanizmu, taoizmu i po trosze islamu i judaizmu. Nabożeństwa odbywają się co 6 godzin, z pierwszą o północy. Dla nas cała ta religia wydaje się być dziwna i zalatuje sektą, aczkolwiek wydaje się niegroźna a ludzie byli przyjaźni. Obecnie liczba wyznawców na świecie to ok. 2,5 mln. Świątynia zajmuje spory teren a w jej parkach urzędują małpy.
Po noclegu, dzień 29.02 miał być naszym ostatnim w Wietnamie.
Informacje praktyczne
- Wstęp do Dam Sen Waterpark – 140 000 dong
- Wstęp do Muzeum Pozostałości Wojennych – 40 000 dong
- Wycieczka do Delty Mekongu – 450 000 dong/ os., 2 dni z noclegiem
- Wstęp na teren tuneli Cu Chi – 90 000 dong/os.
1 dong = 0,00017 zł
Ruch w Sajgonie, to jest to. Kto go doświadczył rozumie powiedzenie ” istny sajgon”