Drugiego dnia w Kanchanaburi udaliśmy się na dworzec autobusowy aby móc złapać pierwszy możliwy kurs do Parku Narodowego Erwan. Przejazd zajmuje około dwie godziny. Podczas przejazdu nieźle nas wywiało, z racji otartych okien w całym autobusie (w związku z tym proponujemy zastosować stopery lub słuchawki).
Na miejscu zaopatrzyliśmy się jeszcze w wodę i ruszyliśmy wyznaczoną ścieżką. Trasa rozciąga się na długości 1,5 km i prowadzi przez deszczowy las, wodospady mają 7 poziomów, czym wyżej tym ciekawiej. Dostęp do pierwszego wodospadu jest dosyć łatwy, trudność i ciekawość wzrasta wraz z kolejnymi poziomami.
Zdecydowaliśmy się skierować bezpośrednio do 7go poziomu, aby uniknąć tłumów zgodnie z poradami zaczerpniętymi z innych blogów. O ile po przybyciu na ostatni wodospad mieliśmy chwilę dla siebie, tak w niewielkim odstępie czasu zaczęły docierać kolejne osoby. Wodospad jest urokliwy, woda przejrzysta i orzeźwiająca do kąpieli.
Docierając do wodospadu słyszeliśmy krzyki turystki. Dopiero wkraczając do wody zrozumieliśmy ich źródło – niezliczone ilości ryb znajdujących się w wodach wodospadu tylko czekają aby rzucić się do objadania kolejnych stóp z naskórka. W związku z tym zaliczyliśmy darmowy „fish pedicure”. O ile dla Krzyśka było to zabawne i przyjemne, tak dla mnie uczucie wgryzania się małych rybek w stopy powodowało skrajne łaskotki.
Po ponad godzinnym relaksie w wodzie rozpoczęliśmy schodzenie do poniższych poziomów. Wraz z biegiem czasu docierało coraz więcej turystów. Z racji lenistwa schodziliśmy już w japonkach (w drodze do wodospadu mieliśmy na sobie obuwie sportowe pełne) co jednak nie okazało się najlepszym pomysłem, gdyż Krzysiek na szczęście niegroźnie, ale jednak – rozciął stopę.
Zamoczyliśmy się jeszcze w wodach poziomu 6go i 5go, następnie zeszliśmy do punktu początkowego naszej trasy. Tym samym autobusem wróciliśmy do Kanchanaburi.
Wieczór standardowo spędziliśmy na nocnym targu, tym razem próbując robaczków. Chrupiące larwy w smaku przypominające chipsy z orzechowym posmakiem – dobre, ale kilka wystarczyło, poświadomość wygrała. Kolejna zupa „a little bit spicy” była dla nas „too much spicy”. Sok z kokosa na szczęście łagodził nasze podniebienia.
Tak minął dzień drugi jak i ostatni w Kanchanaburi. Kolejny kierunek – Ayutthaya.
Zrobiliście zdjęcia tym małym rybkom co „jadły Wam ze stóp”? 😉
Zdjęcia nie mamy ale za to filmik jest. Jednakże za obróbkę filmów zabierzemy się dopiero po powrocie.