Tego dnia wyłączyliśmy budziki, co spowodowało że wstaliśmy dopiero o 8.30 (Tajowie rozpoczynają dzień o około 6:00). Noc jak i poranek w domku na rzece były znacznie chłodniejszy niż te w Bangkoku. Po spakowaniu rzeczy wyruszyliśmy w półgodzinną wędrówkę do dworca autobusowego. Oczywiście można skorzystać z tuk tuka, jednakże koszty są niewspółmierne do przebytej odległości. Niestety okazało się, że mogliśmy spać jeszcze dłużej, gdyż okazało się że najbliższy autobus mamy godzinę później niż wstępnie zakładaliśmy. Aby dotrzeć do Ayutthaya wybraliśmy trasę z przesiadką w Suphan Buri. Przejazd realizowany był miejskimi „wentylowanymi” autobusami. Nad głowami wiatraki oraz wszystkie okna otwarte. Nauczeni doświadczeniami z poprzedniej podróży zaopatrzyliśmy się w stopery do uszu. Droga upływała spokojnie aż do momentu pojawienia się dwóch buddyjskich mnichów. Zajmowaliśmy ostatnie miejsca autobusu na 5cio osobowej kanapie wraz z dwójką pozostałych turystów. Mnisi którzy stanęli przed nami, ewidentnie chcieli usiąść w tym samym rzędzie. Zaczęli gestykulować. Myśleliśmy, że mamy się rozsunąć aby zrobić im miejsce. Im jednak chodziło, abyśmy również zmienili układ osób siedzących koło siebie. Wtedy przypomniało nam się, że mnisi buddyjscy nie mogą dotykać, patrzeć w oczy czy też rozmawiać z kobietami (jeśli to się stanie, muszą pokutować nawet tydzień). W związku z tym kobiety zostały porozstawiane po bokach a Krzysiek i turysta siedzieli obok mnichów. Ciasnota dawała się we znaki, w związku z czym turysta nie wytrzymał i zmienił miejsce. Turystka w związku z tym musiała zrobić to samo, gdyż nagle to ona znajdowała się obok mnicha. Po tych roszadach mogliśmy kontynuować podróż.
Po dotarciu do Suphan Buri zdecydowaliśmy się zamiast wsiadać do kolejnego busa – spróbować swoich sił w autostopowaniu. Z racji, iż odcinek do pokonania nie był aż tak długi (80 km) uznaliśmy, że będzie to wstęp do dalszych prób. Szybka wędrówka w stronę wylotówki, po drodze zaliczone Tesco by kupić marker i oryginalny tajski red bull na dodanie skrzydeł oraz znaleziona tektura na ulicy. Marta zrobiła tabliczkę z napisem, Krzysiek wystawił kciuki i łapiemy! 5 minut – nic, 10 minut – nic, 15 minut – zatrzymuje się pierwszy samochód, kierowca chce nas podwieźć do dworca, gdyż twierdzi, że do Ayutthayi nikt nie jeździ bo za daleko – dziękujemy i odmawiamy, 20 minut – zatrzymuje się samochód i przemiła Tajka (jadąca wraz z mężem i synem) pyta czy chcemy jechać do Ayutthaya. Wsiadamy do samochodu bez zawahania. Podczas jazdy próbujemy się komunikować przez Google translator. Początkowa konwersacja wyglądała mniej więcej tak:
My: Czy również jedziecie do Ayutthaya?
Tajka: Nie, właśnie wracamy z pracy do domu.
M: A gdzie mieszkacie, niedaleko Ayutthaya?
T: Nie, mieszkamy tutaj, w Suphan Buri.
M: W takim razie gdzie nas podwieziecie?
T: Chcecie jechać do Ayutthaya?
M: Tak
T: To was tam zawieziemy.
M: Czyli jedziecie w kierunku Ayutthaya?
T: Nie, jedziemy do domu. Ale wy jedziecie więc was zawieziemy. Jesteście naszymi gośćmi.
M: Czyli specjalnie jedziecie nas zawieźć?
T: Będzie nam bardzo miło jeśli będziemy to mogli dla was zrobić. Czy nadal chcecie tam jechać?
Byliśmy w ogromnych szoku, że ktoś bezinteresownie podwozi nas 80 km i traci 1,5 h czasu po pracy, dodatkowo oferując nam jeszcze zwiedzanie miasta. Na to już się nie zgodziliśmy, byłaby to już za duża przysługa. Przetransportowani wprost pod bramę hostelu pożegnaliśmy się z naszymi dobroczyńcami. Ich gest zrobił na nas ogromne wrażenie.
Szybkie zameldowanie w hostelu, prysznic oraz wypożyczenie rowerów by udać się na zachód słońca do jednej ze świątyń dawnej stolicy Syjamu – Wat Chai Watthanaram. Zachód słońca właśnie w tej świątyni wygląda najlepiej. Na rzece obok świątyni mnóstwo łodzi z turystami wyczekuje tego momentu.
Zwiedzanie zwiedzaniem ale w końcu trzeba było coś zjeść. Po ciemku, bez świateł w rowerze udaliśmy się na nocny targ. W jednym z ostatnich straganów znaleźliśmy bardzo dobrego Pad Thaia.
Wieczór spędziliśmy w hostelu popijając piwo Chang oraz śpiewając światowe przeboje z naszym hostem oraz gośćmi z Belgi oraz Francji. Właściciel hostelu potrafił stworzyć świetną atmosferę, przygrywając nam na gitarze.
Informacje praktyczne
- Hostel Ayothaya Riverside House – cena 332 THB/noc pokój 2 os., (rezerwacja przez agoda.pl)
- Wypożyczenie rowerów w hostelu – 50 THB
- Wejście pojedyncze do poszczególnych świątyń – 50 THB, całość 220 THB
- Pad Thai na nocnym targu – 40 THB
Czytam z przyjemnością Waszego bloga. Pozdrawiam