Po przybyciu do Chiang Mai od razu odczuliśmy zmianę położenia w kierunku terenów górskich – poranek był rześki czego nie mogliśmy doświadczyć we wcześniejszych miejscach. Na ławeczce w centrum handlowym spożyliśmy posiłek zakupiony wcześniej w tesco (czyt. chleb tostowy z dżemem). Po śniadaniu dotarliśmy do starego miasta za pomocą Songthaew, czyli dzielonych taksówek. Po przekroczeniu bram miasta zabraliśmy się za poszukiwanie ofert trekkingu w górach oferowanych przez biura turystyczne. Niestety, żadna z ofert nie spełniała naszych oczekiwań pod względem zakresu jak i ceny. Postanowiliśmy więc skupić się na poszukiwaniu noclegu. Najtańsza oferta noclegu zlokalizowana była 1,5 km od centrum miasta. zdecydowaliśmy się więc podejść do najbliższego hostelu, aby zapytać o cenę za łóżko w pokoju dzielonym. Pani w recepcji przedstawiła nam jednocześnie ofertę na 3 dniowy trekking. Niestety ani oferta noclegu ani trekkingu nas nie zachęciła. Skierowaliśmy się więc w kierunku najtańszego noclegu via booking.com. Nagle zaczepił nas Taj, który okazał się być właścicielem hostelu w którym przed chwilą sprawdzaliśmy ofertę. Zaproponował nam 3 dniowy trekking za 2000 THB oraz 2 noce w jego hostelu w cenie. Zapytaliśmy również o wynajem skutera. Pierwotnie powiedział 250 THB za dzień, jednakże bez większych negocjacji udało nam się uzyskać cenę 300 THB za 2 dni. Po szybkiej kalkulacji zaakceptowaliśmy ofertę oraz dokonaliśmy zapłaty za wszystko i wyruszyliśmy skuterem w miasto. Poruszanie się jednośladem przy ruchu lewostronnym oraz zewsząd nadjeżdżającymi innymi pojazdami nie było łatwe. Po przystosowaniu się do tej sytuacji, zahaczyliśmy o stację benzynową i rozpoczęliśmy zwiedzanie miasta i okolicy.
Punktem pierwszym była świątynia Wat Phra Singh (zwana złotą świątynią) zlokalizowana w centrum starego miasta. Bardzo przyjemne, spokojne miejsce, gdzie mogliśmy podejrzeć rytuały modlitewne buddystów. Następnie udaliśmy się w 1,5 godzinną podróż do świątyni Wat Prathat Doi Suthep, zlokalizowanej na wzgórzach otaczających Chiang Mai. Podróż zakrętami pod górę skuterem nie należała do najłatwiejszych. Nie spodziewaliśmy się aż takiej różnicy temperatur względem południa kraju, szczególnie podczas jazdy skuterem. Sama świątynia nie zrobiła na nas większego wrażenia. Swym wyglądem przypominała wszystkie poprzednie, punktem kluczowym jak zawsze był posąg Buddy lub złota stupa. Od tego momentu zdecydowaliśmy się wchodzić tylko do darmowych świątyń, gdyż jest tam zazwyczaj spokojniej i raczej nie mamy wygórowanych oczekiwań, więc możemy się co najwyżej miło zaskoczyć. Wracaliśmy do hostelu już po ciemku. Jazda ulicami dużego miasta w konwoju skuterów przeciskających się pomiędzy samochodami stojącymi w korku była bardzo stresująca ale i fascynująca. Wieczorem wybraliśmy się na niedzielny targ (odbywa się tylko w niedzielę). Zajmuje on całą główną ulicę Chiang Mai, która wyłączona jest z ruchu samochodowego. Tym razem zdecydowaliśmy się na spróbowanie roti (rodzaj smażonych placków na patelni z dodatkiem masła, przygotowywana z mąki pszennej, czasem z dodatkiem kukurydzianej) z bananem, jajkiem oraz polewą czekoladową. Do tego sok wyciskany z arbuza, ananasa i mango oraz japońskie pierożki. Po kolacji powrót do hostelu i wieczorny relaks z serialem bo w końcu kolejnego dnia nigdzie się nie spieszymy 🙂
Chyba już gubicie się w rozpoznawaniu Świątyń i Buddów. Mnóstwo ich, ale nie przejmujcie się, będą cały czas. Piękne zdjęcia. Oby tak dalej. Tylko te soczki…
Mnóstwo kolorów i świątynie ociekające złotem… Takie rzeczy to widziałem tylko na filmach, a wy na żywo … Zazdroszczę ? i ta roślinność trochę jak z filmów o Indiana Jones ? trzymajcie się tam ?