Drugi dzień w Chiang Mai zaplanowany mieliśmy na zdobycie najwyższego szczytu Tajlandii. Zdobycie być może to za dużo powiedziane, gdyż na szczyt prowadzi asfaltowa droga, którą pokonaliśmy wynajętym skuterem. Szczyt Doi Inthanon jest wyższy niż Rysy i znajduje się na wysokości 2565 m.n.p.m. Tym razem przygotowaliśmy się na jazdę skuterem o poranku i założyliśmy na siebie cieplejsze ubrania. Trasa zajęła nam około 2h i wiodła głównie przez autostradę. Pojęcie autostrady ma tutaj trochę inne znaczenie, gdyż wzdłuż drogi jest mnóstwo knajpek, zjazdów i prywatnych posesji. W związku z tym po drodze mogliśmy się zatrzymać na kawę i śniadanie (nasz klasyczny chleb tostowy + grillowany boczek). Na chwilę zboczyliśmy z trasy aby móc przejechać przez wiejskie tereny oraz abym mogła po raz pierwszy sprawdzić swoje umiejętności jako kierowca jednośladu. Obyło się bez ofiar, za to radość była jak u dziecka. Trasa do momentu gdy wyjechaliśmy do parku narodowego była raczej nużąca. Nawet na skuterze jako pasażer potrafiłam przysypiać. Wszystko zmieniło się w momencie przekroczenia bramy parku narodowego. Kręta droga, strome podjazdy oraz spadające temperatura dawały nam w kość. Rekompensowały nam to natomiast coraz lepsze widoki oraz piękna natura parku.
Po drodze zatrzymaliśmy się przy pięknym wodospadzie – Wachirathan Falls. Szum wody, mgiełka oraz tęcza spowodowały u nas zachwyt, pomimo zakazu kąpieli i tłumu turystów. Krzysiek bawił się w akrobatę próbując wejść na przewrócony i wilgotny pień drzewa, który zawisł nad wodami wodospadu. W jedną stronę poszło mu dobrze, przeliczył się jednak przy powrocie. W połowie nogi zrobiły mu się miękkie, jednak przyznał się do tego dopiero, gdy udało mu się zejść. W drodze na szczyt zatrzymaliśmy się przy jeszcze jednym wodospadzie ukrytym bardziej w lesie, z dala od turystów. Rozkoszowaliśmy się zatem nim w samotności. Po powrocie na drogę na szczyt pojawił się pierwszy problem naszego wypadu. Padło fundamentalne pytanie – czy starczy nam paliwa na powrót? Uznaliśmy, że skoro teraz jedziemy cały czas pod górę to i jakoś się stoczymy w dół.
Pieliśmy się powoli w górę, aż nagle znaleźliśmy się prawie na szczycie. Do niego prowadziła jeszcze drewniana ścieżka przez las. Na szczycie temperatura wynosiła 16 stopni, a tabliczki informowały, że jest to jedyne miejsce w Tajlandii gdzie temperatura spada do 0. Z samego szczytu nie rozpościera się żaden widok, porośnięty jest jedynie bujną roślinnością. Po rozgrzaniu się w promieniach padającego słońca, zaczęliśmy się kierować w stronę promowanej atrakcji turystycznej, czyli pół godzinnej ścieżki trekkingowej. Byliśmy przygotowani na to, że pomimo zapłaconego wcześniej, nie taniego wstępu do parku narodowego, będziemy zmuszeni dołączyć do jakiejś grupy turystów, aby podzielić koszty lokalnego przewodnika, którego wynajęcie na ten fragment trasy jest obligatoryjne. Nie byliśmy przygotowani jednak na to, że pani w kasie nie pozwoli nam dołączyć do żadnej grupy i zamiast zapłacić 200THB na 10-cio osobową grupę, to musimy zapłacić tę samą kwotę za naszą dwójkę. W tym momencie poczuliśmy się trochę wykorzystywani jako turyści i po nieudanych poszukiwaniach grupy, zrezygnowaliśmy. Od spotykanych Polaków dowiedzieliśmy się, że trasa jednak nie zachwycała, gdyż tego dnia była bardzo słaba widoczność. Rozpoczęliśmy więc powrót do hostelu. Po drodze chcieliśmy zobaczyć jeszcze jeden wodospad, jednak droga prowadząca do niego okazała się być w pewnym odcinku drogą gruntową, w dodatku pod bardzo dużym nachyleniem. Z uwagi na to oraz na powracające pytanie o stan paliwa w baku, zawróciliśmy.
Zahaczyliśmy jeszcze o jeden wodospad w pobliżu ogrodów królewskich. Droga powrotna po ciemku była jeszcze bardziej nużąca niż ta sama o poranku. Po przyjeździe do hostelu oddaliśmy skuter, który nie wiadomo z jakiego powodu pokazywał rezerwę paliwa pomimo, że chwilę wcześniej zatankowaliśmy 0,8 l (:D) Rozpoczęliśmy pakowanie na 3-dniowy trekking, który miał się rozpocząć dnia kolejnego, tj. 24.12 – w Wigilię.
Szczyt faktycznie się nie wyróżnia przez tamtejszą zieleń… Znowu kolory, piękne wodospady i bajeczne widoki, a te sklepiki przy drodze – „dosłownie” – to ewenement 😀