Dzień 1
Rankiem 24.12 około godziny 9 przepakowani do plecaka Marty (różowy plecak 40 l który musiałem nosić) wsiedliśmy do zadaszonego pickupa, który miał nas zabrać na 3-dniowy trekking. W samochodzie czekał już jeden z uczestników wyjazdu – David (Wielka Brytania). Po drodze zgarnęliśmy jeszcze 3 dodatkowe osoby: Wania (Wielka Brytania) oraz para ze Szwecji – Philip i Ida. Całą wycieczką kierował 20-letni przewodnik Thon. Cała grupa bardzo szybko się zintegrowała. Po opuszczeniu miasta dotarliśmy do farmy orchidei i motyli a następnie wioski słoni.
W planach było karmienie słoni, kąpiel błotna oraz kąpiel w rzece, oczywiście wspólnie ze słoniami. Najpierw musieliśmy samodzielnie przygotować posiłek dla zwierząt. Tasakami kroiliśmy w odpowiedni sposób gałęzie trzciny cukrowej, następnie rozpoczęła się uczta słoni. Mogliśmy podawać im jedzenie bezpośrednio do paszczy lub pojedyncze kawałki do trąby. Gdy słonie zaspokoiły już swój głód a my najedliśmy się ekscytacją, mogliśmy przejść do drugiego punktu, czyli kąpieli błotnej. Słonie z przyjemnością wskoczyły do błota. Marta wraz z nimi. Ja niestety trzymałem kamerę :(. Wszyscy sumiennie smarowali błotem naszych nowych przyjaciół. Następnie wszyscy ubrudzeni przenieśliśmy się do pobliskiej rzeki. Tam za pomocą szczotek i misek szorowaliśmy i opłukiwaliśmy słonie jak i swoje brudne ciała. Jeden ze słoni poczuł się przy nas bardzo komfortowo na tyle, że gdy wszyscy staliśmy wokół niego w wodzie on najpierw zrobił trzy “klocki”, a następnie wstał i załatwił jedyneczkę. Przewodnik żartobliwie krzyczał abyśmy brali kubki bo właśnie rozlewają Changa (piwo, które w swoim logo ma właśnie słonia).
Po zakończonej kąpieli wyruszyliśmy na lunch. W przydrożnej restauracji czekał na nas pierwszy posiłek – Pad Thai wraz z owocami. Nie mogliśmy sobie odmówić lokalnego piwa Chang na dobre rozpoczęcie tej trasy, pomimo, że cena nie była niska. Po lunchu rozpoczęliśmy wędrówkę. Kolejnym punktem na trasie był niewielki wodospad. Sądziliśmy, że w wodospadzie będzie możliwość popływania, jednakże po pierwszym spojrzeniu na niego nawet nie zauważyliśmy miejsca gdzie można było to zrobić. Krył on jednak w sobie atrakcję, którą zaprezentował nam nasz przewodnik. Była nią naturalna zjeżdżalnia z nurtem wodospadu. Pierwotne przerażenie z czasem przerodziło się w ekscytację i chęć spróbowania. Szybko wskoczyliśmy w stroje kąpielowe, wspięliśmy się na szczyt wodospadu i rozpoczęliśmy zabawę. Adrenalina oraz prędkość zjazdu pozwoliła uniknąć odczucia chłodu wód wodospadu.
Orzeźwieni rozpoczęliśmy trekking do górskiej wioski w której mieliśmy spędził wigilię. Trasa zajęła nam około 3 godzin. W trakcie mijaliśmy tylko kilku miejscowych. Po dotarciu na miejsce mogliśmy się zrelaksować. Do dyspozycji mieliśmy wspólny pokój na całą grupę w bambusowej chacie (nocleg na podłodze) wraz z tarasem z widokiem na wioskę i okoliczne góry. Poniżej znajdował się kolejny bambusowy budynek w którym zlokalizowane były toalety oraz prysznice z dostępną tylko zimną wodą. Cała wioska nie ma połączenia z siecią elektryczną, jedynie pojedyncze zasilanie lamp z fotowoltaiki. Po szybkim orzeźwiającym prysznicu zasiedliśmy do wspólnej gry w karty. Z racji, iż Marta jest wytrawną hazardzistką (ale tylko w Makao) zaproponowaliśmy reszcie grupy własnie tę grę. Oczywiście nikt jej nie znał, jednakże po przedstawieniu zasad całkiem sprawnie ją załapali. Po paru rundkach wybraliśmy się na punkt widokowy aby wspólnie podziwiać zachodzące słońce za szczytami gór. Już po ciemku przy dźwiękach gitary i śpiewu naszego przewodnika (głównie popowe amerykańskie utwory) wypatrywaliśmy pierwszej gwiazdki. Właśnie w momencie gdy ją znaleźliśmy, otrzymaliśmy wieczorną “wigilijną” kolację – oczywiście ryż. Na szczęście nie solo, bo do tego były dwie potrawki – jedna z kurczakiem, druga z tofu i ogórkiem. Wieczór upłynął na wspólnych rozmowach m.in. o tradycjach świątecznych u każdego z uczestników trekkingu. Można było z tego wywnioskować, że święta w Polsce są mocno celebrowane i mają swój niepowtarzalny charakter. Gdy pozostali uczestnicy poszli już spać, my udaliśmy się w głąb wioski w poszukiwaniu zasięgu sieci komórkowej aby móc wykonać połączenia do naszych rodzin i złożyć im świąteczne życzenia. Po powrocie zasiedliśmy jeszcze przy ognisku z Thonem, który grał już tylko dla siebie. Uraczył nas lokalną tequilą i chrześcijańską piosenką, której jednak nie znaliśmy. Po tym jak pękła mu jedna struna w gitarze wszyscy udaliśmy się na spoczynek.
Dzień 2
Pierwszy dzień Świąt rozpoczęliśmy leniwie, od śniadania przy promieniach wschodzącego słońca. Zaserwowano nam tosty, jajka, dżem, kawę i herbatę. Noc była naprawdę chłodna, więc z przyjemnością wygrzewaliśmy się na słońcu. Nie żałowaliśmy, że zabraliśmy ze sobą śpiwory, bo na miejscu dostępne były jedynie przykrótkie i bardzo wielokrotnego użytku koce. Przed dalszą trasą podeszliśmy jeszcze w dwójkę na spacer wokół wioski. Dotarliśmy do punktu widokowego, tego samego co dzień wcześniej. Widok nadal zachwycał. Przemieszczające się chmury w dolinach zrobiły na nas duże wrażenie. Po powrocie reszta grupy była już gotowa i wyruszyliśmy w trasę. Rozpoczęliśmy ostre schodzenie a po drodze zahaczyliśmy o jeszcze jeden wodospad w którym mogliśmy się wykąpać i orzeźwić (naprawdę orzeźwić, gdyż woda była lodowata).
Po dotarciu do lokalnej drogi, po spożytym obiedzie, pojechaliśmy do “campu”. Spodziewaliśmy się, że będą tam pozostałe grupy trekkingowe oraz że baza będzie bardziej rozwinięta. (wcześniejszy nocleg w wiosce był biedny, jednakże czysty i miał swój urok). Tutaj nocleg również na podłodze, jednakże była ona bardzo brudna, toalety były w obskurnym stanie a prysznice w takim, że Marta wolała wykąpać się w rzece, która była była zaraz obok oraz której głośny szum towarzyszył nam cały czas (dla wymagających do zaśnięcia ciszy – stopery do uszu obowiązkowe).
Połowa naszej grupy, z racji, iż wybrała trekking 2 dniowy tego dnia właśnie go kończyła. Został z nami tylko David. Już od 12:00 mieliśmy czas wolny. Niestety nie zostały zapewnione żadne atrakcje, więc musieliśmy sobie poradzić sami. Poskakaliśmy po skałach, zaprzyjaźniliśmy się z lokalnymi psami, pospacerowaliśmy po lesie, kąpaliśmy się w rzece – nawet starałem się łowić ryby za pomocą harpuna otrzymanego od przewodnika, niestety nie zauważyłem nawet jednej ryby. Wieczór spędziliśmy siedząc przy “prywatnym” słoniu. Gdy zapadł zmierzch zaserwowano nam kolację, która uratowała niedogodności związane z zakwaterowaniem – była naprawdę pyszna. W nocy ponownie usiedliśmy przy ognisku, tym razem przy muzyce z przenośnego głośnika, popijając tequilę. Niestety zostawiliśmy torbę z aparatem w niewłaściwym miejscu, jak później uznaliśmy, że mamy teraz “wędzony” aparat. Podczas tej nocy nasze śpiwory typu mumia okazały się zbawienne.
Dzień 3
Rankiem szybkie śniadanie, pożegnanie się z psami i wyruszenie na ostatnią atrakcję wyjazdu – rafting + bamboo rafting. Rafting na pontonie był bardzo przyjemny aczkolwiek spodziewaliśmy się większej dawki adrenaliny. Bamboo rafting trwał może 10 minut i był bardziej chwytem marketingowym. Po zakończonym spływie mieliśmy ostatni posiłek i wróciliśmy pick upem do Chiang Mai. Popołudnie oraz wieczór spędziliśmy się przechadzając się uliczkami miasta oraz skusiliśmy się na tajski masaż, jako już ostatni klienci. Masaż całego ciała trwający 1 godzinę rozluźnił nasze ciała i przygotował do trudnego zadania jakim było następnego dnia dotarcie do górskiej wioski Pai za pomocą autostopu.
Informacje praktyczne
Piwo Chang w przydrożnej knajpie – 80 THB/0,62 l
- 3 dniowy trekking – 2000 THB
Masaż tajski 1 godzina – 120 THB (przy świątyniach taniej, daliśmy napiwek, zapłaciliśmy 150 bo warto)
- Khao Soi – 40 THB
kurs 1THB=0,13 zł
Fajną macie wyprawę – czytam z lekką zazdrością. Pojechałoby się też na coś takiego. ale cóż – już nie te oczy… Trzymajcie się!
PS. Znajomy z Jaworzna zwiedza aktualnie Wietnam (na rowerze), wiec czytam równolegle dwie relacje. 🙂
Może się Wam przyda: https://www.facebook.com/tomasz.tosza/posts/2989125071106461
Krzysiu, z różowym plecaczkiem bardzo Ci do twarzy! Czy Marta chociaż wygrała w to makao?? Bo ostatnio jak z nami grała coś słabo jej szło 😀
Dałam im wygrać, Wam też, cieszcie się 😀
Jasne jasne 😀
Ten słoń w obok Was to trochę jak pies u nas – pląta się gdzieś w okolicy … 😀 Fajnie że trafili Wam się młodzi ludzie na tym trekingu 😀 … Dziko jak w odcinkach z Bearem Gryllsem 😛