Po 14-tu godzinach jazdy w dużej mierze krętymi i dziurawymi drogami (jak widać na klipie zamieszczonym poniżej) dotarliśmy rankiem do miejscowości zlokalizowanej przy Ngapali Beach. Plaża w opiniach innych podróżników wygląda jak plaże z tajskich wysp 20 lat temu. Pomimo, że przybyliśmy do naszego guest house’u na długo przed godziną zameldowania, właściciel udostępnił już nam pokój i zaproponował smaczne i tanie śniadanie. Po szybkim prysznicu udaliśmy się zobaczyć miejsce naszego 4-dniowego wypoczynku.
Pierwszy dzień poświęciliśmy na poznanie plaży oraz okolicy, zlokalizowaniu knajpki gdzie moglibyśmy się stołować oraz sklepiku gdzie będziemy mogli zaopatrywać się w napoje wyskokowe. W tym celu posłużyliśmy się wypożyczonymi za darmo rowerami z naszego guest house’u. Nie odjechaliśmy jednak zbyt daleko a Krzysiek już potrafił rozciąć oponę. Na szczęście mimo to mogliśmy wypożyczyć nowy rower. Przechadzając się po plaży i jednocześnie idąc coraz bardziej w kierunku obszarów poza turystycznych dało się zauważyć duże różnice w jakości i czystości owych plaż. Turystyczna – czysta, zadbana, z eleganckimi kurortami w tle, natomiast plaża dla lokalnych – brudna, z dużą ilością śmieci a nawet zdechłymi psami i ptakami oraz namiotami i szałasami w tle. Nasz pierwszy zachód słońca okazał się najładniejszym podczas całego pobytu. Popijając świetny lokalny biały rum “Mandalay” ze Spritem oraz limonką w naszych podróżnych kubeczkach kontemplowaliśmy ten moment. Woda morska okraszona ostatnimi promieniami słońca była przyjemnie ciepła, że aż nie chciało się z niej wychodzić. Głód jednak zwyciężył. Udaliśmy się rowerami do niewielkiej przydrożnej knajpki, w której staliśmy się stałymi bywalcami. Za pierwszym razem dostaliśmy dodatkowo kawałki arbuza na deser i w kolejnych razach w zamian za nasze drobne napiwki inne przysmaki.
Drugi dzień poświęciliśmy na zobaczenie sąsiedniej plaży. Wybraliśmy się na nią wzdłuż skalistego brzegu, po drodze psując japonki Krzyśka. Plaża okazała się równie czarująca jak Ngapali. Przechadzając się spotkaliśmy ponownie naszych znajomych z trekkingu w Kalaw. Gdy już mieliśmy wracać, na samym końcu zauważyliśmy maleńką knajpkę na plaży. Podeszliśmy aby sprawdzić ceny, okazały się jednymi z najniższych, więc nie mogliśmy nie skorzystać. Jeszcze rok wcześniej nie sądziliśmy, że w takich okolicznościach dane nam będzie spędzić nasze urodziny (czyt. urodziny Marty i zbliżające się urodziny Krzyśka). Wieczorem wybraliśmy się na drinka na plaży podczas zachodu słońca podczas happy hours. Tego samego wieczoru zdecydowaliśmy się również urozmaicić naszą kolację próbując kraba. Jednak pozostajemy przy naszym zdaniu – owoce morza nie są dla nas.
Trzeciego dnia wypożyczyliśmy skuter elektryczny chcąc pojeździć po okolicy. Zobaczyliśmy okoliczną wioskę rybacką, podjechaliśmy na lokalne lotnisko oraz pozostałe plaże w okolicy. Na koniec wybraliśmy się na lody do pobliskiego miasta, niestety okazało się za daleko i w drodze powrotnej bateria w skuterze zaczęła padać. Przemieszczając się 10-15 km/h modliliśmy się aby dojechać do naszego noclegu. Pod górę skuter przestał wyrabiać. Ostatecznie podjęliśmy decyzję, że skoro w dwójkę nigdzie nie dojedziemy to muszę sama zajechać po pomoc. Po rozdzieleniu się na jakieś 6 km od hostelu, żółwim tempem pojechałam wymienić skuter. Krzyśkowi pozostała tylko piesza wędrówka i wyczekiwanie ratunku. Nie wiadomo było tylko czy baterii starczy abym nawet ja sama dojechała do celu. Ostatecznie udało się. W końcu na pełnym gazie mogłam wyruszyć na pomoc Krzyśkowi. Dzięki temu zagraniu udało nam się zdążyć na zachód słońca, który spędziliśmy popijając przez nas stworzony Cuba Libre. Kolację zjedliśmy wiadomo gdzie. Ostatni dzień poświęciliśmy na kajaki oraz totalnym wypoczynku przed kolejnym ciężkim przejazdem. Gdy nadeszła godzina wyjazdu cała rodzina gospodarzy machała nam na pożegnanie. Cały nocleg okazał się strzałem w dziesiątkę, aczkolwiek był naszym najdroższym jak do tej pory.
Yangon
Yangon to obok Mandalay (które odpuściliśmy) jedno z dwóch największych miast w Myanmar. Droga z Ngapali Beach była jak każda – długa (12h), męcząca, zimna, w dodatku całą noc na autobusowym telewizorze leciały birmańskie, bardzo irytujące kabarety, które nie dawały nam zasnąć. Po dwóch tygodniach unikania wielkich miast pobyt w tym był dla nas dużym wyzwaniem. Miasto o bardzo dużym ruchu ulicznym, wszyscy trąbią, chodniki są zawalone wszystkim co można sprzedać, przejście na drugą stronę jezdni jest nie lada wyzwaniem. Po dotarciu na dworzec autobusowy o 4 nad ranem, skierowaliśmy się do poczekalni aby po 1,5 godziny udać się na dworzec kolejowy, z którego miał odjeżdżać pierwszy miejski pociąg. Tam też zjedliśmy niewielkie śniadanie w obskurnym lokalu w postaci pączków i kawy. Yangon Circular Train codziennie objeżdża miasto i jego przedmieścia, w trzy godziny pokonując prawie 46 kilometrów. My przejechaliśmy prawie połowę trasy – ze stacji Mingaladon do centrum miasta, w którym też mieliśmy nocleg. Yangon nas nie zachwycił dlatego też spędziliśmy w nim zaledwie niecałe dwa dni. Do tego stopnia byliśmy zniechęceni tym miastem, że zrezygnowaliśmy nawet z głównego zabytku jakim jest Szwedagon Pagoda. Następnie udaliśmy się w długą, bardzo długą podróż do stolicy Laosu – Wientian.
Wientian
Podróż lądowa komunikacją publiczną zajęła nam trzy dni, w trakcie której pierwszą noc spędziliśmy w autobusie, a drugą na dworcu autobusowym w mieście we wschodniej części Tajlandii. Całość trasy była złożona z połączenia kilku dłuższych lub krótszych przejazdów. Po przekroczeniu granicy i opłaceniu obowiązkowej wizy do Laosu, szybko zameldowaliśmy się w hostelu w stolicy (Wientian) i wyruszyliśmy na poszukiwanie motocyklu na sprzedaż. Samo miasto nie ma zbyt wiele do zaoferowania, jest raczej bazą do dalszych atrakcji tego kraju.
Czasami możliwe jest, że inni podróżnicy wystawiają motocykle na sprzedaż przed hostelami. Naszym celem była Honda Win o pojemności co najmniej 120cc popularna wśród osób, które chcą przejechać częściowo Azję motocyklem. Obowiązkowo na wietnamskich tablicach rejestracyjnych aby móc nim wjechać do tego kraju. Niestety nie udało nam się nic znaleźć, dlatego też zdecydowaliśmy się zamieścić post na jednej z grup backpackerskich na facebooku, że poszukujemy motocykla na sprzedaż. Obawialiśmy się jednak, że dopiero w Luang Prabang uda nam się coś znaleźć, albo dopiero już w Wietnamie, gdyż podróżowanie jednośladem jest tam dużo bardziej popularne niż w Laosie. Jednakże szczęście nam dopisało, już kolejnego dnia napisał do nas Brytyjczyk, że ma dany motocykl na sprzedaż, w dodatku w dobrej cenie. Długo się nie zastanawiając umówiliśmy się z nim na spotkanie. Motocykl był w dobrym stanie, dlatego też po chwili dokonaliśmy transakcji i już byliśmy “właścicielami’ naszej strzały. Właścicielami tak naprawdę jesteśmy tylko pozornie, gdyż każdy taki wietnamski motocykl ma tylko zapisanego na blue karcie (dokumencie bez którego nie ma możliwości podróżować motocyklem – taki nasz dowód rejestracyjny) swojego pierwszego właściciela. W dodatku od nowego roku zmieniły się przepisy i na granicy wymagane są nowe dokumenty na przewóz motocykla. Na szczęście nasz sprzedawca zaopatrzył się w owe dokumenty, dzięki czemu czuliśmy się stosunkowo bezpiecznie, że uda nam się go ze sobą zabrać w dalszą podróż. Początki na motocyklu jednak nie były łatwe, gdyż to był pierwszy raz Krzyśka za kierownicą jednośladu z manualną skrzynią biegów. Z wiadomych względów ja nawet nie próbowałam chwycić za stery. Zatem kolejne dwa dni upłynęły nam nadal w Wietnian na nauce jazdy oraz w głównej mierze na poszukiwaniach dla mnie kasku, gdyż jak się okazało wcale nie jest łatwo znaleźć kask na moją głowę, z racji, iż wszystkie w sprzedaży są wyłącznie w rozmiarze L. Finalnie zakupiłam kask dla dzieci, który okazał się idealny w swoim rozmiarze :). Nasze obawy wzbudzał również przewóz naszych plecaków. Początkowo zakładaliśmy wykonanie specjalnej konstrukcji po bokach motocyklu montowanej do tylnego stelaża, tak aby móc łatwiej przewozić nasze bagaże. Jednakże w Laosie takie rozwiązanie okazało się nie być popularne (co innego w Wietnamie) gdyż nikt nie chciał się podjąć zadania wykonania takiego stelaża. Zmuszeni zatem byliśmy załadować plecaki na tylny stelaż. Po przepakowaniu – załadowaniu plecaka Krzyśka możliwie największą ilością rzeczy, spięciu linkami, udało nam się zmieścić plecaki. Po paru razach weszliśmy w wprawę – w pakowaniu i montażu plecaków, dlatego też już owy stelaż nie był nam potrzebny. Teraz już posiadając swój własny środek transportu mogliśmy wyruszyć na północ – wtedy kiedy chcieliśmy, trasą jaką chcieliśmy.
Informacje praktyczne
- Nocleg w Mingalarpar Ngapali Guest House – 400 zł/4 noce pokój 2 os. z łazienką i śniadaniem – bardzo polecamy
- Mandalay Rum – 5 500 kip/0,7l
- Wypożyczenie kajaku na 1,5 h – 12 000 MMK
- Wypożyczenie skutera na 1 dzień – 10 000 MMK
- Krab curry – 6 000 MMK
- Sok z świeżych owoców – 2 000 MMK
- Wiza do Laosu – 30$ + 1$ (za przejście w weekend)
- Nocleg w The Lodge Yangon Hostel – 21 zł/łóżko w pokoju 8 os. ze śniadaniem
- Yangon Circular Train – 200 MMK
- Sule Pagoda – 5 000 MMK
- Autobus Yangon – Myawaddy (granica) – 14 000 MMK
- Autobus miejski Yangon – 200 MMK/os.
Plaża dla turystów / Plaża dla lokalnych = przepaść 😛
Widoki bajeczne, a całość jak „przygoda życia” – chyba że Wy się dopiero rozkręcacie 😉
Pięknie malowniczo dziko a w miastach :O :O
:O masakra. Elektrycy tam pewnie często mają spięcia 😉
3majcie się mocno 😉