Menu
Wspólnie poznane
  • O nas
  • Poznane
    • Azja
      • Tajlandia
      • Birma
      • Laos
      • Wietnam
      • Kambodża
Wspólnie poznane

W dawnej stolicy – Luang Prabang

Napisano dnia 27 lutego, 202027 lutego, 2020

Tym razem czekała nas trasa 185 km.  Śniadanie w hostelu niestety wyglądało tak samo jak w poprzednie dni – smażony ryż z sadzonym jajkiem, co w przypadku mojej niechęci do ryżu wiązało się ze zjedzeniem wyłącznie jajka. W związku z tym musieliśmy się zaopatrzyć na drogę w dodatkowe kanapki.  

Zanim wyruszyliśmy w trasę czekała nas jednak pierwsza wizyta u mechanika – powód błahostka. Wymiana sprężyny przy stopce oraz odizolowanie jednego fragmentu, który wprowadzany w drgania przeszkadzał podczas jazdy. 

Trasa przebiegała dosyć sprawnie aż dotarliśmy w bardziej górzyste tereny.  Pięliśmy się ostro w górę, trudy jednak wynagradzały nam piękne widoki. Po około 13 km zorientowaliśmy się jednak, że poprowadziłam Krzyśka dłuższą trasą. Nieuniknione było zawrócić. Po odbiciu na prawidłową drogę obawialiśmy się, czy zdążymy dotrzeć na miejsce przed zmrokiem. Ten fragment trasy nie był oznaczony na mapach jako jedna z dróg głównych w kraju.  Droga była dobra, natomiast w pewnym momencie zaczęła się piąć. Krzysiek jeszcze nie do końca sprawnie redukował biegi, wyjeżdżając na trójce, później dwójce, aż dotarliśmy do takiego nachylenia, że możliwe było go pokonać wyłącznie na jedynce. Najgorsze było jednak przed nami. W szczytowych fragmentach trasy temperatura bardzo się obniżyła, a droga asfaltowa zmieniła się piaszczystą.  

DSCF1979_Easy-Resize.com

Dodatkowo co chwilę wyprzedzaliśmy lub byliśmy wyprzedzani przez tiry, które również z wielką trudnością pokonywały tę trasę. Na jednym z fragmentów niemożliwa była już jazda w dwójkę.  Musiałam zejść a Krzysiek ledwo prowadził naszą maszynę pod górę. Ten fragment dostarczył nam dużej dawki adrenaliny. Droga w dół natomiast była bardzo przyjemna i mogliśmy cieszyć się z widoków. Jazda w Laosie wydaje się być przyjemniejsza niż w Birmie.  Tutaj kierowcy sporadycznie trąbią oraz wspólnie uważają na siebie na drodze.

DSCF1973_Easy-Resize.com
DSCF1967_Easy-Resize.com

Do Luang Prabang dotarliśmy zaraz po zmierzchu.  Nie rezerwując nic wcześniej, skierowaliśmy się do hostelu, który znaleźliśmy na bookingu, z nadzieją, że będą mieć jakieś wolne pokoje.  Na miejscu spotkaliśmy parę Polaków którzy właśnie czekali na obsługę aby móc się wymeldować. Nie mogli zostać dłużej w tym hostelu, gdyż już był pełny.  Po chwili rozmowy z nimi nie doczekaliśmy się jednak obsługi, w związku z tym skierowaliśmy się do guest house’u obok, gdzie zaczepił nas właściciel mówiąc, że ma wolny pokój.  Po obejrzeniu lokum zdecydowaliśmy się spędzić w nim noc. Zgodnie z informacją od Polaków cena za ten pokój była stosunkowo tania. Po prysznicu, który był konieczny z racji, iż byliśmy cali z piasku, wyszliśmy w miasto. 

W Luang Prabang podobnie – cała masa turystów przechadzających się po nocnym targu oraz spędzających czas w knajpkach.  Tym razem mniej imprezowo niż w Vang Vieng.

Miasto położone jest w północnej części Laosu nad rzeką Mekong. Do 1975 było ono stolicą Laosu.  Na przestrzeni dziejów miasto padało ofiarą najazdów. Od XIX wieku dawne królestwo było pod protektoratem Francji, która finansowała odbudowę zrujnowanego Luang Prabang.  W 1995 roku miasto zostało wpisane na listę UNESCO, gdyż stanowi rzadki przykład połączenia architektury tradycyjnej oraz struktur miejskich, utworzonych przez europejskie władze kolonialne. Musimy przyznać – miasto ma swój własny niepowtarzalny charakter, szczególnie pięknie prezentuje się w nocy przy świetle lampionów. 

Po spacerze i spróbowaniu kilku przekąsek wróciliśmy do pokoju.  Po drodze kupiliśmy jeszcze Beer lao dla Krzyśka oraz bardziej europejsko Somersby dla mnie. Smak cydru nie przypominał jednak tego zapamiętanego w Polsce. Winny posmak spowodował, że wypiłam tylko pół butelki a drugą połową zajął się Krzysiek. Już po tych paru łykach nie czułam się najlepiej. Najgorsze dopiero jednak miało nadejść. 

Wymeldowanie mieliśmy o 11, niestety niemożliwe było przedłużenie rezerwacji.  Na bookingu było niezwykle ciężko znaleźć sensowny nocleg z racji obchodów Chińskiego Nowego Roku. Moglibyśmy poszukać czegoś na miejscu, gdyby nie fakt, że się zatrułam i jedynie na co miałam siłę to leżenie w łóżku i kursowanie do toalety. W związku z tym, że nie zapowiadało się na to abyśmy byli w stanie w najbliższym czasie zwiedzać, zdecydowaliśmy się na nocleg poza miastem. 20 minutowy przejazd dłużył mi się niemiłosiernie.  Na miejscu musieliśmy jeszcze poczekać na przygotowanie pokoju – w końcu byliśmy na długo przed godziną zameldowania. Na szczęście panie sprzątające uwinęły się bardzo szybko. Musieliśmy tylko jeszcze poczekać na poszwę i ręczniki, jednakże ja już miałam tylko przed oczami łóżko. 

Położyłam się… i tak minęły całe dwa dni. Z gorączką, bólem brzucha, ogólnym osłabieniem oraz niezliczoną ilością kursów do toalety po dwóch dniach zaczęłam dochodzić do siebie.  W stanie byłam tylko przełknąć samą bagietkę i gotowany ryż (o zgrozo!, w dodatku było go 2 kg – Krzysiek nie umiał dogadać się ze sprzedawczyni, więc wziął standardową porcję). Nie działało to jednak dobrze na mój żołądek, potrzebowałam czegoś ciepłego. Okolica jednak oferowała jedynie laotańskie jedzenie, które nie wchodziło w grę. Tak też zakupiliśmy kaszkę dla dzieci, która była najlepszym wyborem. Dolegliwości żołądkowe miał również Krzysiek. Na szczęście były one dużo łagodniejsze,  w związku z tym mógł w tym czasie załatwić kilka spraw takich jak mechanik czy też umycie motocyklu oraz naszych butów. 

Gdy już mogłam stanąć na nogi przenieśliśmy się do innego noclegu, bliżej centrum. Zdecydowaliśmy się również pojechać nad wodospad zlokalizowany ok. 30 km drogi od Luang Prabang.

 

Wstęp na teren wodospadu kosztuje 20 000. Jednakże prowadzi na niego jeszcze inna, nieoficjalna ścieżka gdzie mogliśmy wejść za darmo.  Oczywistym był wybór właśnie jej, jednakże dostanie się tam bez motocyklu zajęłoby stanowczo za dużo czasu. W dodatku była to gruntowa stroma droga. Na teren wodospadów weszliśmy zatem od ich końca. 

Wodospad jak i naturalne baseny z turkusowa woda faktycznie robią wrażenie, jednakże uroku odbiera im oczywiście przesyt turystów. Pobyt w tym miejscu wyobrażaliśmy sobie podobnie jak ten w Kanchanaburi – z możliwościa pływania na różnych poziomach oraz być może atrakcjami takimi jak w Vang Vieng w postaci huśtawek, lin i platform do skakania.  Rzeczywistość była jednak zgoła inna. Jedynie jeden z basenów udostępniony jest do pływania. Liczba gapiów przytłacza a zimna woda nie zachęca. Tak też jedynie przeszliśmy się po całym terenie, zanurzyliśmy nogi w wodzie na najwyższym i najmniej turystycznym terenie i wróciliśmy do motocykla. 

Mieliśmy jeszcze sporo czasu dlatego też pojechaliśmy wyżej, do restauracji przy rzece, gdzie też wypiliśmy shake’a a Krzysiek zjadł smażony ryż. Przy owej restauracji, nad rzeką ustawiona jest drewniana kłoda. Kto po niej przejdzie bez wpadnięcia do wody ten dostaje drinka.  Jeden z turystów zdecydował się – wylądował jednak w wodzie. Właściciel natomiast przeszedł tyłem z butelką na głowie 🙂

DSCF1997_Easy-Resize.com
DSCF2010_Easy-Resize.com
DSCF2015_Easy-Resize.com
DSCF2017_Easy-Resize.com

Po powrocie poszliśmy na nocny market.  Na nim zakupiliśmy jednakże tylko świeże owoce.  Szybko przeszliśmy między stoiskami z pamiątkami, które ciągną się w nieskończoność i skierowaliśmy się do wybranej restauracji.  Dla mojego żołądka azjatyckie jedzenie nie wchodziło w grę, natomiast pizza z pieca to zupełnie inny poziom. Zawsze będę mieć na nią ochotę niezależnie od stanu żołądka.  

Rankiem szybko spakowaliśmy się, gdyż chcieliśmy jeszcze zobaczyć muzeum AXO.  Jest to muzeum poświęcone organizacji, która oczyszcza tereny Laosu z pozostałych niewybuchów z czasów wojny wietnamskiej.  

Laos jest najbardziej zbombardowanym krajem na świecie. Podczas tej wojny zrzucono na jego terytorium ponad 500 000 bomb co daje więcej niż użyto ponad całej II wojny światowej. Wyliczono, że przez 9 lat konfliktu między Wietnamem północnym i południowym jedna bomba spadała co 8 minut na Laos. Siły powietrzne Stanów Zjednoczonych bombardowały głównie południowe tereny Laosu, gdyż właśnie nimi biegł Ho Chi Minh Trail, czyli główny szlak przedostawania się partyzantów oraz przesyłu zaopatrzenia dla komunistycznych bojowników północnego Wietnamu walczących z południowym „demokratycznym” Wietnamem wspieranym przez USA.  

Najgorsza w skutkach nie tylko podczas walk ale i do tej pory, była bomba kasetonowa (Klaster SUU-30).

DSCF2023_Easy-Resize.com
Bomba kasetonowa SUU-30 z zawartością małych bomb
DSCF2019_Easy-Resize.com

Zrzucono „małe bombki”  jak nazywali je lokalni w ilości blisko 240mln podczas 9cio letniego konfliktu.  Szacuje się, że około 80mln z tych bomb nie wybuchło i pozostało rozrzuconych po terenach Laosu tworząc śmiertelne zagrożenie dla kolejnych pokoleń.  Ludność a zwłaszcza dzieci jeszcze do niedawna nie wiedziały często czym są fragmenty bomby kasetonowej. Bawiąc się nią, próbując otworzyć czy też rzucać na ziemię dochodziło często do tragedii.  Owa organizacja zajmuje się również edukowaniem społeczności jak działać w przypadku znalezienia bomby oraz jak oczyszczać z nich teren. Jako ciekawostka – jednym z państw partnerskich organizacji jest Polska.  Po tej bardzo trudnej ale jednocześnie ciekawej lekcji historii wyruszyliśmy w stronę wioski Nong Khiaw. Nie byliśmy jednak pewni czy zastaniemy coś ciekawego na miejscu.

DSCF2020_Easy-Resize.com
Przedstawienie przez młodego chłopca obrazu wojny
DSCF2025_Easy-Resize.com

Informacje praktyczne

  • Wstęp do muzeum AXO – bezpłatne
  • Nocleg w Meechaleun Guesthouse – 46 zł/pokój 2 os. z łazienką
  • Nocleg w The World Hotel – 59 zł/pokój 2 os. z prysznicem (toaleta wspólna) ze śniadaniem
  • Wstęp na wodospad – 20 000 kip (bezpłatny przy wybraniu bocznej ścieżki)
  • Mycie motocykla – 10 000 kip

1 myśl na “W dawnej stolicy – Luang Prabang”

  1. JanekM pisze:
    27 lutego, 2020 o 9:31 pm

    Wyprawa życia 😀 😀 Pamiętam jak mówiłem że podczas tak długiego Waszego przebywania ze sobą to albo się pozabijacie, albo ……. i ja myślę że właśnie to drugie 😉 Piękne, majestatyczne widoki , trochę jak z filmów przyrodniczych / dokumentalnych z tamtych rejonów 😀 Wyprawa na targ i tamtejsze specjały …. jerunieeee :O chyba zostałbym wegetarianinem 😀 Supeer
    3majcie się mocno i zdrowia 😉

    Odpowiedz

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze wpisy

  • To już jest koniec
  • Stolica Khmerów i pożegnanie przyjaciela
  • Rajska wyspa?
  • Nowy kraj, nowa straszna historia – Kambodża
  • Sajgon i ostatnie dni w Wietnamie
©2026 Wspólnie poznane | Powered by SuperbThemes & WordPress