Droga do miejscowości Nong Khiaw przeszła nam dość sprawnie. Większość trasy stanowiły podjazdy, zjazdy oraz liczne zakręty. Krajobraz zmienił się w bardziej górski co nam bardzo odpowiadało. Nasze obawy odnośnie znalezienia zakwaterowania zwiększyły się ze względu, iż trafiliśmy początkowo w cześć nie turystyczną, sądząc po mapie, że to centrum miejscowości. Mimo to udało nam się znaleźć nocleg w domku nad rzeką za bardzo dobrą cenę, którą wyczytaliśmy w komentarzach na Google (na bookingu dostępna była jedynie mała ilość drogich noclegów).
Po rozpakowaniu się wyruszyliśmy oczywiście w poszukiwaniu jedzenia. Wtedy też okazało się, że cała część turystyczna wraz z dużą ilością knajpek znajduje się po drugiej stronie rzeki. Po nie do końca smacznej kolacji zaopatrzyliśmy się w krajowe piwo i udaliśmy się na taras naszego pokoju, gdzie spędziliśmy spokojny wieczór. Późnym wieczorem wybraliśmy się jeszcze na spacer. W oddali dobiegały śpiewy karaoke w których Krzysiek początkowo myślał uczestniczyć. Okazało się że to tylko prywatna „impreza” kierowców ciężarówek.
Rankiem kolejnego dnia wybraliśmy się na śniadanie do malutkiej knajpki. Zamówiliśmy do picia jedną czarną herbatę oraz herbatę miętowa (w postaci wody z miętą), które następnie zmieszaliśmy tworząc napój przypominający nam herbatę marokańską, a do jedzenia pankejki z bananem i czekoladą.
Na ten dzień zaplanowaną mieliśmy wizytę w wiosce Muang Ngoy. Standardowo organizowane są tam wycieczki łodziami, które płyną wzdłuż rzeki. Jeszcze kilka lat temu była to jedyna opcja dostania się do miejscowości. Z powodu, że nie chcieliśmy płacić za transport oraz wyczytaliśmy, że droga miała być gotowa w 2019 roku, postanowiliśmy przetestować nasz motocykl w boju. Nasze obawy wzmacniał brak na mapach jednoznacznych ciągłych dróg, występowały tylko przerywane z oznaczeniami przepraw przez rzekę. Sama miejscowość Muang Ngoy zlokalizowana jest w uroczej scenerii a wzdłuż jej głównej gruntowej drogi znajduje się wiele knajpek i restauracji. Myślimy, że miejscowość właśnie przez trud dotarcia zyskała swoją popularność.
Wjechaliśmy na ścieżkę mająca prowadzić do miejscowości, już na wstępie droga zrobiła się piaszczysta ale dawaliśmy radę. Później doszły do tego strome podjazdy i zjazdy, wystające kamienie oraz liczne zakręty. Jednak nie poddawaliśmy się. Nagle zgodnie z mapami dotarliśmy do przeprawy przez rzekę. Nurt był spokojny a głębokość wody wynosiła około 20 cm. Już mieliśmy zawrócić, gdy nagle z przeciwnej strony pojawił się lokalny na motocyklu. Bez zawahania przejechał przez rzekę, choć dla nas wyglądało to nadal strasznie. Krzysiek długo się wahał. W pewnym momencie ruszył i po chwili z mokrymi butami znalazł się po drugiej stronie. Mi pozostała przeprawa pieszo. Spacer jednak w chłodnej wodzie był dosyć relaksujący. Pozostała część trasy wciąż wiodła podobną drogą oraz mieliśmy jeszcze dwie podobne przeprawy przez rzekę. Na koniec, gdy już byliśmy bardzo blisko miasteczka musieliśmy się rozdzielić, gdyż chciałam przejść pieszym mostkiem a Krzysiek najkrótszą drogą przejechać przez rzekę. W tym wypadku umówiliśmy się na „randkę” w centrum miejscowości.
Na miejscu udaliśmy się do jednej restauracji, jednakże przez 20 minut nikt nie kwapił się nas obsłużyć. Następnie udaliśmy się do kolejnej, która jak się okazało miała dokładnie to samo menu jak knajpka w której jedliśmy śniadanie. Pospacerowaliśmy po wiosce i wyruszyliśmy z powrotem aby zdążyć jeszcze wrócić przed zmierzchem. Nam samym większą radość sprawiła sama droga do wioski niż pobyt w niej. Na trasie mijaliśmy wioski, które z turystyką nie miały raczej nic wspólnego.
Tego wieczoru potrzebowaliśmy odreagowania od azjatyckiego jedzenia i nasze gusta zwróciły się w kierunku ulubionej przez nas kuchni włoskiej czyt. pizza. Jednakże w Azji z zachodnim jedzeniem mamy mieszane szczęście. Tym razem było trochę gorzej. Jaką wygodą jednakże było podjechanie do restauracji motocyklem, pomimo, iż po zachodzie robiło się chłodniej i trochę zmarzliśmy podczas tej przejażdżki. Tego wieczoru postanowiliśmy, że kolejnego ranka spróbujemy wyjść na punkt widokowy jeszcze przed wschodem słońca.
Poranek jednak wszystko zweryfikował. Na szczyt wyszliśmy grubo po wschodzie słońca, jednakże widok wciąż robił wrażenie, a przez chwilę nawet byliśmy sami. Niestety nie mogliśmy się cieszyć zbyt długo widokami, gdyż musieliśmy zdążyć wymeldować się a także wiedzieliśmy, że czeka nas długa trasa.
Tym razem nie mieliśmy konkretnego celu. Chcieliśmy dojechać jak najbliżej w stronę północnego przejścia granicznego z Wietnamem. Ostatecznie dotarliśmy do miejscowości Muang Xay, gdzie przypadkiem znaleźliśmy nocleg w dobrej cenie. Wtedy też zorientowaliśmy się że zrobiliśmy dość duży logistyczny błąd. Kupiliśmy natychmiast wietnamską e-wizę na której wydanie czeka się około trzech dni roboczych. Nasz błąd polegał głównie na tym, iż po pierwsze kupiliśmy wizę w piątek, więc musieliśmy czekać do prawdopodobnie wtorku. Po drugie byliśmy już tak blisko granicy, że byliśmy ją w stanie przekroczyć kolejnego dnia. Niestety nie mogliśmy z tym nic zrobić.
W związku z tym zostaliśmy w tej miejscowości na dwie noce (piątek/sobota/niedziela). Byliśmy tam jednymi z nielicznych turystów a atrakcji w okolicy nie było zbyt dużo. W wolny dzień pospacerowaliśmy po mieście oraz udaliśmy się do mechanika wymienić olej oraz łożyska w tylnym kole. Wciąż odczuwaliśmy lekkie skutki zatrucia pokarmowego co skłoniło nas do spędzenia reszty dnia w pokoju. W miejscowości z najciekawszych dla nas rzeczy była tania sieciówka chińskiego fast foodu, chiński supermarket w którym kupiliśmy gorzką czekoladę na nasze dolegliwości a także duża ilość „ciekawych” willi prawdopodobnie należących do Chińczyków (ewidentnie większość tych rejonów jest pod wpływem chińskiej społeczności). Z nudów w niedzielę rano postanowiliśmy się przemieścić bliżej w stronę granicy do ostatniej większej miejscowości.
Po dotarciu na miejsce, jadąc przez przepiękne scenerie, tym razem bez pośpiechu znaleźliśmy nocleg w jednym z kilku dostępnych guest house’ów. Miejscowość była urokliwa natomiast wciąż spotykaliśmy turystów. Problem tej miejscowości stanowiła mała ilość knajpek gdzie mogliśmy coś zjeść a w Laosie w sklepach ulicznych nie da się kupić nic sensownego do jedzenia poza sztucznymi bułeczkami. W tej miejscowości wybraliśmy się na przejażdżkę bardzo lokalną, piaszczystą drogą w kierunku rzekomego punktu widokowego, gdzie wypiliśmy piwo. W centrum kupiliśmy też całego bardzo taniego arbuza, którego zjedliśmy nad rzeką a Krzysiek zaliczył kolejnego fryzjera.
Powodem, który wstrzymywał nas w przejechaniu bliżej granicy był fakt że musieliśmy wydrukować wizę. Z map można było wywnioskować że najbliższa miejscowość jest zbyt mała aby była tam taka możliwość. Postanowiliśmy jednak zaryzykować. Po dwóch nocach spędzonych w Muang Mai pojechaliśmy do Pang Hoc. Jak bardzo się zdziwiłem, gdy na miejscu zobaczyliśmy informację turystyczną dużo lepiej wyglądającą niż w poprzedniej miejscowości. Jednakże ciekawski wzrok lokalnych zdradzał, że turyści zachodni w tej części kraju to rzadkość.
W informacji turystycznej na nasz widok zorganizowano od razu osobę mówiącą po angielsku oraz zaoferowano wszelką pomoc, w tym wydrukowanie wizy. Super, tylko jednak wciąż jej nie mieliśmy. Następnie znaleźliśmy przyjemny nocleg, oczywiście w gust housie. Przed wyjściem na kolację postanowiliśmy chwilę odpocząć oglądając jakiś film. Nagle Krzysiek otrzymał maila. W końcu upragniona wiza. Niestety biuro informacji turystycznej było już zamknięte ale znaleźliśmy fotografa, który nam ją wydrukował. Byliśmy bardzo szczęśliwi, gdyż męczyło nas wstrzymywanie dalszej podróży. W dobrych humorach udaliśmy się na kolację. Na podróż zaopatrzyliśmy się jeszcze w ciasteczka oraz wróciliśmy na nocleg przygotować się do dalszej podróży.
Nasza garderoba diametralnie się zmieniła. Zamiast krótkich spodenek długie dresowe spodnie a bluzki termoaktywne i polary wraz z kurtką przeciwdeszczową zastąpiły koszulki. Na dłoniach rękawiczki, na szyi komin. Kolejnego ranka Krzysiek przepłukał motocykl w sąsiedniej rzece aby jakoś wyglądać na granicy. Tym razem do pokonania mieliśmy dość długi górski odcinek – ponad 200 km. W tym przejście na granicy na którym nie wiedzieliśmy ile spędzimy czasu. Stres był duży, ze względu, iż czytaliśmy o wielu przypadkach w których wietnamska straż graniczna nie pozwoliła wjechać motocyklom z różnych powodów. Trasa do granicy trochę łagodziła ten stres, gdyż była jak dotąd najładniejszą ze wszystkich. Po drodze mijaliśmy wiele wiosek gdzie małe dzieci z radością nam machały. Myślimy że i im i nam sprawiało to dużą radość.
Gdy dotarliśmy do granicy laotańskiej emocje sięgnęły zenitu. Wiedzieliśmy, że jeżeli wyjedziemy z Laosu a nie wpuszczą nas do Wietnamu z motocyklem będziemy musieli ponownie kupić wizę do Laosu (30 $/os.). Byliśmy również przygotowani na ewentualne łapówki, zwłaszcza po stronie wietnamskiej. Jednakże ku naszemu zdziwieniu po stronie laotańskiej sprawdzili naszą wizę, kartę pojazdu oraz odebrali od nas dokument tymczasowego importu, który otrzymaliśmy od poprzedniego właściciela motocykla i puścili nas wolno. Najgorsze było przed nami.
Po około 3 km jazdy dotarliśmy do punktu granicznego. Nieśmiało weszliśmy do budynku i przedstawiliśmy strażnikowi nasze paszporty wraz z wizami. Zapytał nas czy przyjechaliśmy na motocyklu i poprosił o dowód rejestracyjny pojazdu. Coś sprawdził, gdzieś zadzwonił ale po dłuższym oczekiwaniu wbił pieczątki wizowe do naszych paszportów oraz powiedział że możemy iść. Krzysiek wziął motocykl i powoli zaczął nim przejeżdżać przez granicę obok pozostałych strażników. Nagle jeden poprosił o paszporty. Coś sprawdził i pokazał na motocykl. My kiwnęliśmy w głowie niezrozumienia. On jeszcze raz pokazał na motocykl i okienko w budynku. Podeszliśmy więc tam a strażnik poprosił o dowód rejestracyjny. Spisał coś i pozwolił iść. Kolejny szok-bez opłaty? Wróciliśmy do motocykla ale strażnikowi przy bramie wciąż się coś nie podobało (był najstarszy więc pewnie on myślał o jakiejś dodatkowej opłacie), jednakże pokazaliśmy mu, że już byliśmy w okienku i już wszystko mamy. Spojrzał na nas i machnął ręką – udało się jesteśmy w Wietnamie!
Informacje praktyczne
- Nocleg w Guesthouse Pho Sai River View (Nong Khiaw) – 60 000 kip/pokój na parterze
- Wejście na szczyt Pha Daeng Peak – 20 000 kip
- Herbata miętowa – 500 kip
- Wymiana łożysk – ok. 17 zł
- Wymiana oleju – 35 ooo kip
- Nocleg w Litthavixay Guesthouse (Muang Xay) – 70 000 kip
- E-visa do Wietnamu – 30 $
- Wydrukowanie 2 stron kolorowych A4 – 10 000 kip
kurs:
1 kip = 0,00044 zł
1 $ = 3,85 zł
Jedziemy, jedziemy, a to miało być gdzieś za miastem 😛 A poza tym …. krowy …. krowy …. krowy i to tak samopas 😀 Widoki bajka a te mosty to takie z cyklu „Szkoła przetrwania” 😀