Stan na 14.03.2020:
Obecnie przebywamy w Kambodży w Siem Reap a jutro przenosimy się do Bangkoku. Niestety pożegnaliśmy się już z naszym motocyklem. Jesteśmy zszokowani tym co dzieje się w Europie oraz naszym kraju. Podczas naszego całego dotychczasowego wyjazdu ani razu nie odczuliśmy aby wokół panowała jakaś epidemia, jedynie zauważalna była mniejsza od pewnego momentu ilość turystów głównie z Chin (Wietnam zamknął granice dla Chińczyków na początku lutego a dziś dla pozostałych krajów Europejskich, to samo zrobiła Kambodża). Tutaj życie biegnie normalnie a wszyscy na pewno w mniejszym stopniu przejmują się tą epidemią. Mamy nadzieję, że Europie szybko uda się pokonać tego wirusa i wrócić do normy.
………………………………………………………………….
Wjechaliśmy do Wietnamu i po chwili mogliśmy ujrzeć to na co czekaliśmy – zielone pola ryżowe. Początkowo znajdowały się na pagórkach, następnie wjechaliśmy do miasteczka, gdzie po chwili prowadziła jedna droga przy której z obu stron ciągnęły się pola ryżowe. Bardzo dużo osób pracowało na nich w tradycyjnych wietnamskich kapeluszach. Pierwszym większym miastem na naszej drodze było Dien Bien Phu.
Miasto przywitało nas szerokimi alejami na których po obu stronach zawieszone były flagi – na przemian komunistyczne oraz wietnamskie. W mieście mieliśmy do załatwienia kilka podstawowych spraw, między innymi wybranie pieniędzy z bankomatu (agribank prowizja 22000 dong), wymianę pozostałych laotańskich pieniędzy na wietnamskie dongi oraz zakup karty sim.
Po drodze zaczepił nas pewien turysta, który opowiedział nam jak ważne jest to miasto dla historii Wietnamu. Okazało się, że to właśnie tu odbyło się decydujące starcie między okupacyjnymi wojskami francuskimi a wyzwoleńczym ruchem zwanym Viet Minh pod przywództwem narodowego bohatera Ho Chi Minha. Wojska francuskie poprzez zbyt wielką arogancję zlekceważyły wroga. Opanowały one tereny miasta nie skupiając się na otaczających miasto wzgórza. Główny francuski generał powiedział wręcz, że mają więcej broni niż im potrzeba. Partyzanci z ruchu wyzwolenia przeprowadzili bezprecedensową akcję wnosząc na wzgórza rowerami i na własnych plecach mnóstwo moździerzy oraz dział, które otrzymali ze wsparciem komunistycznych Chin. Obrona miasta trwała 53 dni po czym zdziesiątkowani Francuzi poddali się. Nie pomogło im nawet nieoficjalne amerykańskie zrzuty zaopatrzenia, gdyż Amerykanie nie chcieli oficjalnie ograniczać możliwości walki o niepodległość innemu narodowi.
Po tych wydarzeniach i Konwencji Genewskiej Wietnam podzielono na dwie części – Północny, rządzony przez Ho Chi Minha i Południowy pod zwierzchnictwem francuskim i amerykańskim. Był to swego rodzaju koniec pierwszej i początek drugiej Wojny Indochińskiej (zwanej również Wietnamską).
Jeśli ktoś jest bardziej zainteresowany tą tematyką polecamy świetny serial dokumentalny „Wojna w Wietnamie” na Netflixie. Z pewnością kolejne informacje dotyczące historii będziemy podawać w kolejnych postach.
Miasto po tej bitwie zostało całkowicie zniszczone. Obecnie jest całe odbudowane a na niewielkim wzgórzu stoi monument upamiętniający to zwycięstwo.
Wyjeżdżając z miasta było około godziny 12. Nagle stało się coś dziwnego. Gdy wcześniej ruch na ulicach był znacznie większy niż w Laosie, to teraz ulice świeciły pustkami. Okazało się, że Wietnamczycy również mają swoją sieste, mniej więcej w godzinach 12-14.
Tego dnia udało nam się dojechać do miejscowości Son La. Życie w Wietnamie toczy się głównie wzdłuż głównych ulic i ciężko jest znaleźć odcinek drogi bez jakichkolwiek zabudowań wokół. Wieczorem przespacerowaliśmy się po mieście oraz zjedliśmy kanapki, również popularne w Wietnamie. Ewidentnie stanowiliśmy tutaj także atrakcję turystyczną. W pokoju guest house’u wypiliśmy piwo Hanoi i ustaliliśmy trasę na dzień kolejny.
Wyruszyliśmy z rana i jechaliśmy praktycznie aż do wieczora. Pierwszy raz poczuliśmy też porządny ból pośladków. Temperatura była niska, więc w jednym z miasteczek zatrzymaliśmy się aby napić się wietnamskiej kawy. Choć kawiarnia wyglądała bardzo fajnie, to menu tylko w języku wietnamskim. Obsługa ani słowa po angielsku, nawet podstawowych słówek, co jak się później okazało było powszechne w większości kraju. Z pomocą tłumacza google wybraliśmy jakąś kawę z kokosem. Dla pewności zapytaliśmy czy jest ona gorąca. Pani twierdząco kiwnęła głową (co później się okazało, że oni zawsze kiwają nawet gdy nie rozumieją).
Gdy otrzymaliśmy swoje napoje byliśmy przerażeni. Bo gdy zmarznięci drogą chcieliśmy się ogrzać, to otrzymaliśmy mrożoną kawę z kokosem. Wypiliśmy, przemarzliśmy jeszcze bardziej, tak, że aż zaczęliśmy się trząść i ruszyliśmy dalej.
Na trasie podczas pokonywania jednego z większych grzbietów pogoda pogorszyła się drastycznie. Było jeszcze zimniej i zniknęły resztki słońca. Podczas podjazdu do jednej górskiej miejscowości było już nam tak zimno, że postanowiliśmy się zatrzymać na ciepły obiad. Temperatura sprawdzona na Google pokazywała w środku dnia 14 stopni.
Nie znając jeszcze wietnamskiego menu kojarzyliśmy tylko zupę Pho, której banery widzieliśmy w knajpach po drodze. Zdecydowaliśmy się na nią. Wchodząc to jednej z takich knajpek Pani skierowała nas do restauracji na przeciwko. Poprosiliśmy o zupę wymawiając jej nazwę. Chłopak z obsługi zrozumiał, że chodzi nam o samą zupę. Dostaliśmy sam wywar. Po chwili chłopak zapytał nas „chicken?”, powiedzieliśmy tak, z myślą, że dostaniemy do zupy makaron i kurczaka. Za to dostaliśmy ryż i myśleliśmy że na tym koniec. Zjedliśmy wywar (prawdopodobnie tylko warzywny) z ryżem, gdy po chwili na naszym stole pojawił się kurczak. O ile kurczakiem można to nazwać. Dla nas wyglądało to jak jego resztki, które w Polsce co najwyżej rzuciłoby się psu. Nawet nie wiemy jakie to były części, na pewno była szyja, dużo kości i skóry a mięsa brak. Byliśmy ogromnie zniesmaczeni. Zjedliśmy tyle ile się dało i przeszliśmy do opłacenia zamówienia. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy za ten marny i najgorszy jak do tej pory posiłek zażądali 180 000 dong (ok. 30 zł). Po tych słabych doświadczeniach z jedzeniem chcieliśmy jak najszybciej przedostać się dalej.
W drodze do Hanoi chcieliśmy zobaczyć jeszcze Park Narodowy Ba Vi, dlatego też noc spędziliśmy w guest housie w jego pobliżu. Wieczorem wyszliśmy coś zjeść, jednakże okolica nie obfitowała w lokale gastronomiczne. Znaleźliśmy tylko jedną otwartą restaurację w dodatku całkowicie pustą. Tym razem postanowiliśmy przestudiować menu (tłumacząc każde słowo) aby w końcu zamówić to co chcemy. Po lekkiej kolacji wróciliśmy na nocleg w którym niestety było bardzo zimno. Rozgrzać trzeba było się pod prysznicem aby potem natychmiast wskoczyć do śpiwora i przykryć się kocem (będąc ubranym jeszcze w odzież termoaktywną). Rano zostawiliśmy plecaki w guest housie i pojechaliśmy do parku.
Niestety nie zjedliśmy odpowiedniego śniadania, gdyż wszystko było zamknięte, więc Krzysiek był bardzo marudny. W parku zastaliśmy mgłę, mżawkę i bardzo słabą widoczność, więc ciężko nawet nam ocenić czy park jest warty zobaczenia podczas lepszej pogody. Pojechaliśmy zatem tylko pod ruiny starego kościoła (wybudowanego nieopodal małej rezydencji która służyła kolonialnym władzom Francji jako miejsce wypoczynku, obecnie kościół ten opanowała roślinność nadając mu niezwykle klimatycznego wyglądu) oraz na szczyt na którym umiejscowiona jest świątynia buddyjska. Podczas wchodzenia przy ścieżce ustawione były głośniki z których leciały piosenki wychwalające Ho Chi Minha.
Wróciliśmy po plecaki i udaliśmy się do restauracji na zupę Pho oraz ciepłą kawę z mlekiem skondensowanym. Tym razem dostaliśmy odpowiedni posiłek i w końcu mogliśmy się nim ogrzać. Zupa była na tyle smaczna, że nawet Krzysiek zjadł ją w całości, gdy do tej pory nigdy nie skusił się na zupę (z wyjątkiem pomidorowej w Birmie).
Teraz czekała nas droga do Hanoi. Trochę obawialiśmy wjechać do dużego miasta i poruszać się w tłumie motocykli. Jak się okazało, faktycznie nie było to łatwe. Ilość jednośladów na drodze była dużo większa niż do tej pory na naszej trasie.
Generalnie w Azji brakuje kierowcom kultury jazdy ale w Wietnamie to już jest apogeum. Na drogach nie ma żadnych zasad. Jazda pod prąd? Żaden problem. Wyprzedzanie z prawej strony? Norma. Pierwszeństwo na rondzie? A co to jest rondo? Tam się ładuje każdy i w każdą stronę. Skręcanie w inną stronę niż kierunkowskaz, jazda na czerwonym świetle, nagminne trąbienie, przykładów można mnożyć Istny Sajgon a jeszcze do niego nie dojechaliśmy 🙂
Gdy udało nam się po trudach dojechać do Old Quarter, czyli starej dzielnicy gęsto zabudowanej, zameldowaliśmy się w hostelu i odstawiliśmy motocykl na płatny parking ze względów bezpieczeństwa. W Hanoi spędziliśmy dwa dni włócząc się po mieście.
Z ciekawszych rzeczy do zobaczenia jest Cytadela Cesarska, dawny tradycyjny dom, muzeum Ho Chi Minha, Katedra Św. Józefa budowana na wzór katedry Notre Dame (niestety nie udało nam się wejść, ponieważ świątynia została zamknięta ze względu na zagrożenie związane z koronawirusem) oraz tradycyjny spektakl lalek na wodzie.
Punktem obowiązkowym jest Mauzoleum Ho Chi Minha, najważniejszego narodowego bohatera. Nam udało się ominąć duże kolejki (prawdopodobnie przez koronawirusa) natomiast całe wejście przygotowane jest by pomieścić setki turystów. Wzdłuż długiej drogi prowadzącej do budynku, jak i w środku, co kilkadziesiąt metrów rozstawieni są żołnierze reprezentacyjny. Do środka nie można wnosić plecaków oraz sprzętu elektronicznego. W samym środku należy iść jeden za drugim trzymając ręce wzdłuż ciała. Nie wolno się zatrzymywać. W monumentalnym budynku w samym jego środku w szklanym sarkofagu spoczywa ciało Ho Chi Minha. Niczym ciało Lenina w Moskwie. W mieście na każdym kroku czuć ducha komunizmu. Wszystko musi być monumentalne.
Wieczory spędzaliśmy na backpackerskich ulicach dawnej części miasta, gdzie na jednym z zakrętów codziennie wieczorem rozstawiano mnóstwo małych plastikowych krzesełek i lano piwo 330ml za nawet 5 000 dong (0,85 zł). Zajadaliśmy się również smacznymi kanapkami za 25 000 dong oraz próbowaliśmy wietnamskiej kuchni, gdyż tu mieliśmy większą możliwość znalezienia potraw. W naszym hostelu tym razem zdecydowaliśmy się na jedno łóżko podwójne w pokoju koedukacyjnym z łazienką. Nie musieliśmy się martwić o śniadania, gdyż były w cenie i były bardzo smaczne.
Dodatkowo wreszcie mogliśmy się napić dobrej kawy, gdyż w Wietnamie jest jej pod dostatkiem (tak nawet ja, nie będąc fanką kawy piłam ją praktycznie codziennie). Wietnamską kawę wyróżnia specyficzny sposób zaparzania a także to, że pije się ją z mlekiem skondensowanym, co nadaje jej brązowy kolor i słodki orzechowy posmak. Serwowana jest zarówno na ciepło jak i na zimno z dużą ilością lodu. Dodatkowo popularne są również wcześniej wspominana kawa kokosowa oraz kawa z koglem moglem.
Tak jak i w Laosie tak i tutaj główną część turystów na backpackerskich ulicach stanowią nastoletni Amerykanie, którzy czasami opanowują nawet w całości pojedynczy hostel. Dla nas było to przypomnienie z Vang Vieng, aczkolwiek tutaj ich liczba była jeszcze większa.
Hanoi nas nie urzekło, dla nas było zbyt tłoczne abyśmy się mogli w nim odnaleźć. Z tego też powodu bez patrzenia wstecz wyruszyliśmy w kierunku zatoki Ha Long, natomiast to nie ona była naszym głównym celem a zlokalizowana w pobliżu wyspa Cat Ba.
Widoki hipnotyzujące, pogoda ….hmm chyba trochę zimno 😉 wrażenia z jedzenia – chyba nie zazdroszczę :/ …. a ja myślałem że zupa z krewetkami to dla mnie za dużo, ale jak zobaczyłem tego „kurczaka” – czytaj – karma dla psa – to te krewetki z Schrimp House nie były takie straszne 😉 A pro pos Wietnamu …. a ja myślałem że odcinek Top Geara z Wietnamu kręcony jakieś 10 lat temu to przesada …. a tu widać nic się nie zmieniło 😛 3majcie się mocno i zdrowo 🙂 Bezpiecznej podróży 😉