Rankiem po śniadaniu o które jak zwykle musieliśmy się przypomnieć, wyruszyliśmy w kierunku następnego punktu oddalonego o 195 km, czyli miejscowości Ninh Binh.
Z wyspy wydostaliśmy się ponownie za pomocą promu. Owy dystans jest optymalnym do przemieszczania się w ciągu jednego dnia. Głównie poruszaliśmy się z prędkością od 40 do 60 km/h, zwalniając w centrach miejscowości. Po opuszczeniu wyspy bardzo cierpieliśmy, gdyż wzdłuż dróg zamiast natury ciągnęły się budynki z zakładami pracy, sklepikami, straganami. W przeciwieństwie do pozostałych krajów znaczna większość budynków była murowana a nie drewniana czy też blaszana.
Pierwszy raz na trasie mijaliśmy po kolei niewielkie wioski, każdą ze swoim kościołem. Większość kościołów była stosunkowo nowa. W wielu miejscach widzieliśmy nowo budowane świątynie katolickie. Często też kościół katolicki oraz świątynia buddyjska stały obok siebie. Cmentarze natomiast oraz pojedyncze groby były rozsiane w różnych miejscach, często widzieliśmy pojedyncze nagrobki posadowione na polach ryżowych.
Niestety nie udało nam się zwiedzić wnętrza żadnego z kościołów, gdyż nabożeństwa odprawiane są w godzinach wieczornych. Podczas oglądania jednej ze świątyń zaczepiło nas dwóch ewidentnie zaskoczonych naszą obecnością w tym miejscu Wietnamczyków, którzy również jeździli od miasteczka do miasteczka i zwiedzali świątynie. Zaproponowali nam wspólne zwiedzanie kolejnych 5-ciu kościołów, niestety z powodu braku czasu zmuszeni byliśmy odmówić. Szczerze wątpimy, czy jacykolwiek turyści spoza Wietnamu docierają do tych miejscowości. Na koniec poprosili nas o wspólne zdjęcie.
W pewnym momencie myśleliśmy, że wjeżdżamy do jakiegoś większego miasta, jednakże mapy Google nie wskazywały na to. Okazało się, że szerokie aleje, wysokie mieszkaniówki i monumentalne budynki tak naprawdę były dopiero placem budowy gdzie powstawało nowe miasto. W wielu miejscach Wietnamu rozpoczęte inwestycje monumentalnych obiektów budowlanych nie zawsze zostały doprowadzone do końca.
Dodatkowo na trasie naszą uwagę zwrócił jeden z budynków przypominających pałac, czy też cerkwiew. Był to prywatny budynek okolicznego właściciela fabryki cementu. Niestety niemożliwe było go zwiedzić. Z niewielu informacji jakie udało nam się uzyskać wiemy, iż budynek posiada m.in. salę teatralną na 300 osób, materiały wykończenia wnętrz sprowadzane z Włoch, kopuły na wzór tej ze świątyni św. Piotra w Watykanie. Poprzez formę właściciel nie miał na celu wywyższenie się a pokazanie piękna architektury epoki renesansu i baroku.
Do miejsca docelowego dotarliśmy jeszcze przed zachodem słońca. Jak zawsze z rezerwacją noclegu wstrzymywaliśmy się do ostatniego momentu. Tym razem postanowiliśmy przed zarezerwowaniem pokoju zobaczyć go na własne oczy. Wiedzieliśmy, że jeżeli nam się nie spodoba to możemy się przenieść do innego.
Pierwszy guest house do którego przyjechaliśmy był całkowicie pusty. Lokalizacja była dobra ze względu na odległość do Rezerwatu, który chcieliśmy zwiedzić kolejnego dnia. Niestety cena była wyższa niż nasz przewidziany dzienny budżet. Zgodziliśmy się z Martą, że jeżeli klimatyzacja będzie działać (tzn. będzie działać ogrzewanie) to za akceptujemy dany pokój. Niestety pomimo wielu starań właściciela opcja grzania jednostki klimatyzacyjnej nie chciała zadziałać. Ogrzewanie było dla nas już istotne, gdyż we wszystkich noclegach w Wietnamie do tej pory marzliśmy. W większości pomieszczeń temperatura wewnątrz była nawet niższa niż na zewnątrz. W między czasie zaczęło się robić ciemno.
Zaproponowaliśmy właścicielowi, że jeżeli obniży nam cenę do proponowanej przez nas to zdecydujemy się na pokój bez klimatyzacji. Pokiwał głową i zaproponował mniejszy pokój w cenie którą mu powiedzieliśmy. Zgodziliśmy się, jednakże zaznaczyliśmy że tak jak i w ofercie pierwotnej tak i tej chcemy mieć wliczone śniadanie (wg oferty na booking.com było ono wliczone). Właściciel zgodził się, my zdjęliśmy nasze bagaże z motocykla i odwołaliśmy rezerwację „awaryjną” na bookingu. Marta zwróciła uwagę na sprzeczkę między naszym gospodarzem a jego żoną. Gdy mieliśmy zmierzać w kierunku pokoju podszedł do nas właściciel i powiedział, że mamy zapłacić pierwotną kwotę albo lekko niższą bez śniadania. Wywnioskowaliśmy, że żona nie była zbyt zadowolona z warunków uzgodnionych przez męża. Nie chcąc być przesadnie niemiłym wytłumaczyliśmy gospodarzowi jak nie fair wobec nas postąpił oraz w jakieś sytuacji nas postawił.
Musieliśmy działać szybko. Postanowiliśmy wrócić do opcji awaryjnej, czyli najtańszego noclegu którego minusem była lokalizacja (7 km od Rezerwatu). Tym razem zarezerwowaliśmy już opcję bezzwrotną pokoju i po ciemku udaliśmy się na miejsce. Jakże wielkim zaskoczeniem okazało się to co otrzymaliśmy za 27 zł za dwie osoby za noc ze śniadaniem. Dla nas, nieprzyzwyczajonych do takich warunków był to wręcz apartament królewski (pokój można zobaczyć na klipie). Najbardziej cieszyliśmy się z ogrzewania (klimatyzacja z funkcją grzania).
Chcąc odpocząć od jazdy na motorze wybraliśmy się pieszo na poszukiwanie kolacji. Niestety, w większości knajp nie było podanego menu lub było ono dla nas niezrozumiałe. Musieliśmy ponownie uruchomić motocykl i wybrać się do polecanego na trip advisorze miejsca. Nie zważając na recenzje zamówiliśmy po jednej porcji potraw na głowę. Marta sajgonki a ja smażony makaron z kurczakiem. Porcje były tak duże, że ledwo sobie z nimi poradziliśmy. Niestety nie możemy powiedzieć że były smaczne. Dodatkowo w sklepie typu żabka kupiliśmy piwo na wieczór oraz uwaga: czekoladę, choć trochę pomyliłem się z ceną. Myślałem że kosztuje około 10 zł, kosztowała natomiast 21 zł za 200g. Czekolada nas trochę zaskoczyła, gdyż w Wietnamie w odróżnieniu do pozostałych krajów Azji Południowo-Wschodniej można było znaleźć więcej wyrobów mlecznych oraz zwykłe mleko krowie. Mimo to cena była warta smaku.
W końcu wygrzani w pokoju, wstaliśmy z lepszymi humorem i po śniadaniu wyruszyliśmy do Rezerwatu Trang An. Jest on mniej znany od bardziej popularnego Tam Coc ale jeśli chodzi o naturę jest to praktycznie to samo. Dodatkowo jest lepiej zorganizowany pod względem logistycznym, a osoby z obsługi nie są nachalne na napiwki. Rezerwaty zwane również Zatoką Ha Long na lądzie są stworzone ze stromych, wapiennych szczytów porośniętych roślinnością, wyrastających ponad pola ryżowe oraz otoczone rzekami i lagunami.
Wyjątkowość Rezerwatu została potwierdzona przez UNESCO wpisując go na listę światowego dziedzictwa. Oprócz pięknych krajobrazów w sercu Rezerwatu możemy zobaczyć również tajemnicze buddyjskie świątynie z XIX w. za czasów panowania Dynastii Ly.
Zwiedzać to cudowne miejsce można rowerem, skuterem lub pieszo. Największą jednak atrakcją jest przepłynięcie łódką po tutejszych rzekach i jeziorach, przedzierając się szczyty poprzez wodne jaskinie. Z racji, iż było cieplej niż na Ha Long oraz, że byliśmy bliżej tafli wody (zamiast statku płynęliśmy 5-cio osobową łódką) nasze odczucia były znacznie lepsze.
Całość była dobrze zorganizowana, na wejściu wybierało się jedną z trzech tras. Trasy różniły się głównie ilością jaskiń i świątyń. My zdecydowaliśmy się na tę z największą liczbą jaskiń. Na wstępie, z racji zagrożenia zakażenia koronawirusem rozdawano maseczki oraz rozstawione były płyny do dezynfekcji rąk. Na koniec rejsu rozdano nam również ankiety w celu oceny całego przedsięwzięcia. Zaciekawiły nas dwa pytania. Pierwsze – czy Pani kierująca łódką chciała od nas napiwek. Drugie – jak oceniamy zakres wiedzy o Rezerwacie przekazany nam przez tą Panią. O ile pierwsze pytanie było skuteczną metodą walki z „łapówką”, o tyle drugim byliśmy zszokowani, gdyż Pani nie potrafiła powiedzieć ani słowa po angielsku :).
Po skończonym rejsie udaliśmy się do wioski nieopodal by zjeść obiad. Wybraliśmy przypadkową knajpę, która okazała się dobrze ocenianą na Google. Marta zamówiła zupę Pho a ja smażony ryż z kurczakiem. Nie mamy pojęcia skąd wynikały pozytywne recenzje. Tak płonego i niedoprawionego jedzenia jeszcze w Azji nie jedliśmy. Możemy śmiało stwierdzić, iż był to jeden z najgorszych posiłków. Był aż tak zły, że zrobiliśmy coś co robimy bardzo rzadko – oceniliśmy go na Google. Jedynym plusem było to, że nie czuliśmy głodu.
Mieliśmy jeszcze połowę dnia do wykorzystania, więc postanowiliśmy pozwiedzać okolicę na motocyklu. Uznaliśmy, że możemy spokojnie jeździć ścieżkami dla rowerzystów. Staraliśmy się wybierać jak najbardziej boczne drogi. Raz, jadąc coraz dalej od zabudowań dotarliśmy do małego guest house’u, który był na końcu drogi. Jakże wielkim było zdziwieniem gdy właśnie w tym miejscu spotkaliśmy pierwszych Polaków w Wietnamie. Była to grupa znajomych z różnych części Polski, która wybrała się do Trang An wynajętymi w Hanoi motocyklami. Porozmawialiśmy z nimi o naszych doświadczeniach z których wynikało przede wszystkim po pierwsze, że słusznie pominęliśmy w naszych planach miejscowość Sa Pa na samej północy Wietnamu (oni tak bardzo przemarzli i przemokli w drodze do Sa Pa, że zawrócili w połowie drogi), a po drugie, że Policja w Wietnamie nie jest taka zła i z powodu nieznajomości języka angielskiego raczej unika kontaktu z turystami na motocyklach. O tym jednak dopiero uda nam się bardzo boleśnie przekonać na kolejnym odcinku trasy (sytuację opiszemy w kolejnym wpisie).
Chcąc przemieszczać się głównie ścieżkami gruntowymi w pewnym momencie wpakowaliśmy się w niezłe bagno – dosłownie. Nie ma co tego opisywać – wystarczy zobaczyć na klipie. Cali brudni udaliśmy się prosto do naszego noclegu zahaczając jeszcze tylko o myjnie dla motocykli. Nas też czekała myjnia, jednak już w apartamencie. Ze spodniami poszło łatwo, natomiast doczyszczenie butów nie było już tak łatwe. Instrukcja w klipie. I w tym przypadku klimatyzacja okazała się zbawienna, gdyż ustaliliśmy nasze buty i ubrania pod strumieniem ciepłego powietrza i rano były już suche (we wcześniejszych noclegach taka akcja nie miałaby prawa bytu). W tym przyjemnym cieple mogliśmy spokojnie naładować nasze akumulatory przed kolejną długą trasą.
Informacje praktyczne
- nocleg w Khanh Coffee & Homestay (apartament) 331 500 VND / 2 os / 2 noce ze śniadaniem
- wycieczka łódką po w rezerwacie Trang An 250 000 VND / os. (wzrost o 50 000)
- mycie motocyklu w myjni 50 000 VND
- benzyna 95 – ok 2000 VND / litr
- puszka piwa Hanoi 15 000 VND / 0,33 ml
- Sajgonki smażone 50 000 VND (spora porcja)