Kolejnym miejscem które chcieliśmy odwiedzić był Park Narodowy Phong Nha-Ke Bang w którym znajduje się największa jaskinia na świecie Son Doong (wejście do niej jest bardzo drogie – 3000$/os. za 4 dni ekspedycji, a wstęp jest mocno ograniczony). Trasę jednak musieliśmy podzielić na dwa odcinki z noclegiem po drodze.
Zdecydowaliśmy się nocować w okolicach miejscowości Vinh. Trasa była dosyć nudna, jechaliśmy głównie trasą AH1, która łączy północ z południem kraju. Dlatego też dla urozmaicenia odbiliśmy na drogę prowadząca niedaleko od wybrzeża. Zatrzymaliśmy się na jednej z plaż, która z pewnością do turystycznych nie należała. Widok rozrzuconych zewsząd śmieci, w tym spore ilości głównie pampersów i drobnych plastików wyrzuconych przez morze był bardzo przykry. Właśnie w szczególności na plażach można zobaczyć jak bardzo zaśmiecona jest nasza planeta. Dodatkowo Azjaci zdają się nie zauważać w ogóle problemu, w tym jak już wspominaliśmy wyrzucają śmieci gdzie popadnie a ilość koszy jest znikoma.
Skierowaliśmy się dalej na południe z zamiarem znalezienia noclegu w pobliżu morza, gdyż nie chcieliśmy nocować w ścisłym centrum miasta. Nie spodziewaliśmy się jednak, że będzie to takie trudne. Większość budynków wydawała się mieć swoje lata świetności za sobą i tylko garstka z nich pozostawała nadal otwarta. Było to dla nas zaskakujące, gdyż odległość do morza i publiczna plaża zdawałaby się jednak przyciągać turystów w sezonie. Sądziliśmy również, że skoro jest poza sezonem to i ceny powinny być niższe. Nic bardziej mylnego. Stare budynki w których nocleg nie powinien kosztować więcej niż 200 000 dongów, właściciele życzyli sobie ceny dwukrotnie wyższe. W dodatku w okolicy nie było żadnego działające sklepu czy też restauracji, dlatego też odpuściliśmy szukanie tam noclegu i zdecydowaliśmy się znaleźć go w pobliżu jakiejś większej miejscowości.
Kierując się dalej na południe wzdłuż wybrzeża, przypadkowo znaleźliśmy się na placu budowy. I tutaj – jak przystało na komunistyczne cechy – budowało się dużo i z rozmachem. Po jednej stronie drogi luksusowe bungalowy a po drugiej hotele. Oczywiście nic nie ukończone, końca budowy nie było widać a zapewne trwa ona już od kilku lat. No cóż, najwyraźniej ważne aby sprawiać pozory.
Dojechaliśmy w końcu po ciemku do jakiejś miejscowości, wilgotność była bardzo wysoka przez co droga nie była przyjemna, w dodatku aby coś widzieć musieliśmy podnieść szybki naszych kasków (odbijające się światła samochodów powodowały bardzo znikomą widoczność z zasłoniętą szybką), a powietrzu latało mnóstwo owadów, które lądowały na naszych twarzach. Udało nam się znaleźć zakwaterowanie w guest housie w przystępnej cenie. Po rozpakowaniu się podjechaliśmy do miasteczka coś zjeść. Padło na zupę Pho. Widać było, że zbliżają się Walentynki, gdyż na straganach rozstawione były bukiety, czekoladki, pluszaki i różne inne pierdoły w kształcie serduszek. Wracając do noclegu wstąpiliśmy do niewielkiego kościoła katolickiego gdyż właśnie była w nim odprawiana msza. Śpiewy były bardzo głośne i piskliwe. Długo nie daliśmy rady wytrzymać dlatego też wróciliśmy do noclegu.
Standardowo o poranku wyruszyliśmy dalszą drogę. W końcu się rozpogodziło, więc i humory były lepsze. Do czasu. Około godziny 11 zjechawszy z głównej drogi szybkiego ruchu wjechaliśmy do niewielkiego miasteczka. Planowaliśmy zatrzymać się na trasie w pobliżu morza na kawę. Dojechaliśmy do skrzyżowania, ruszyliśmy na zielonym świetle, gdy nagle stało się to, czego się obawialiśmy – zatrzymała nas policja. Jeden z policjantów sprawdził dokumenty Krzyśka i to, że nie ma prawa jazdy kategorii A i przekazał je drugiemu “dowodzącemu”.
Wbrew temu co wszyscy mówili, czyli o nieznajomości policjantów do języka angielskiego, jeden z nich coś dukał po angielsku a drugi wycwanił się korzystając z google translatora. Napisał nam, iż zgodnie z ichniejszym prawem za brak prawa jazdy grozi skonfiskowanie motocykla na 7 dni lub kara pieniężna w wysokości 2 400 000 dongów (!). Wysokość kary wbiła nas w krzesła. Sądziliśmy że mandat po negocjacjach wyniesie około 100 000 dongów. Próbowaliśmy wytłumaczyć że owa kara jest stanowczo za wysoka, policjant odpisał na to, że jeśli nie mamy tyle, to możemy się udać do bankomatu. Niestety nie posiadamy umiejętności w takich sytuacjach wykłócania się i stawiania na swoim, dodatkowo brakowało nam pewności siebie. Obawialiśmy się konfiskaty motocykla, gdyż 7 dni to było stanowczo za długo.
Próbowaliśmy ich jeszcze przekonać, że nie mamy tyle gotówki i możemy zapłacić tylko tyle ile posiadamy. Policjant zapytał ile w związku z tym mamy. I tu popełniliśmy stanowczo błąd. Do tej pory chowaliśmy pieniądze i dzieliliśmy gotówkę tak, aby Krzysiek miał jej jak najmniej. Teraz natomiast byliśmy praktycznie dopiero co po wypłacie z bankomatu, mówiłam Krzyśkowi po drodze, że musimy się zatrzymać rozdzielić pieniądze ale zrobiliśmy to za późno. Oboje się zdziwiliśmy, bo nie wiedzieliśmy nawet, że Krzysiek ma przy sobie aż tyle, bo 2 000 000 (ok. 340 zł), które już policjanci zauważyli. Nie sposób było teraz ich przegadać, że mamy mniej. Zmuszeni byliśmy zapłacić prawie całkowitą wartość mandatu. Zapewnili nas, że teraz nas już nikt nie złapie, że nasze dane są w systemie i nie otrzymamy już żadnej kary pieniężnej. Z pewnością była to ściema i wartość mandatu poszła w ich kieszenie ale przynajmniej od teraz byliśmy gotowi się wykłócać i stawiać na swoim. Oczywiście nie dostaliśmy żadnego pokwitowania mandatu mimo, że o nie prosiliśmy, natomiast otrzymaliśmy dwie butelki wody, które z nerwów wypiliśmy jeszcze przy policjantach.
Po wzbogaceniu się policjantom ewidentnie nie chciało się już dłużej pracować i zamknęli swój punkt kontrolny. Jazda po zatrzymaniu już nie była taka spokojna. Na każdym kroku obawialiśmy się kolejnego patrolu. Krzysiek zamiast wypatrywać niebezpieczeństw na drodze, wypatrywał wciąż policji.
W miejscu w którym droga biegła najbliżej plaży zatrzymaliśmy się na planowaną kawę. Tam też po tym co się wydarzyło przeanalizowaliśmy najbliższe wydatki. Planowany park, wstęp do jaskiń oraz noclegi w pobliżu nie należały do najtańszych (można powiedzieć, że nawet drogo w porównaniu do wszystkich dotychczasowych). Zdecydowaliśmy zatem kierować się wprost do miasta Hue, które mieliśmy początkowo w planach po parku. Problem stanowił jednak dystans do miasta. Aby dotrzeć do niego tego samego dnia musielibyśmy pokonać dzienny dystans 330 km. Brzmiało to dla nas strasznie, gdyż z doświadczenia wiedzieliśmy, że 250 km to granica wytrzymałości naszych pośladków na motocyklu. Jednakże złość z tak łatwo straconych pieniędzy w momencie gdy oszczędzaliśmy gdzie się dało zmotywowała nas do dalszej drogi. Do tej pory nie wiemy jak ale udało nam się pokonać ten dystans. Wiedząc, że tego wieczoru już nie wykorzystamy na zwiedzanie zdecydowaliśmy się na najtańszą opcję na obrzeżach miasta. Właścicielka hostelu gdy usłyszała jak wielki mandat zapłaciliśmy zdziwiła się, że nie kłóciliśmy się o mniejszy. Sama podała kilka przykładów, gdzie nie wolno ustępować policji a oni z lenistwa zazwyczaj odpuszczają. Z pokoju wyszliśmy tylko po kebaba i piwo. Tak właśnie minęły nam Walentynki.
Rankiem kolejnego dnia udaliśmy się do mechanika, który był niedaleko hostelu. Standardowa naprawa, czyli naciągnięcie łańcucha i wyregulowanie linki sprzęgła. Krzysiek z początku trochę nie czuł sprzęgła po tej wizycie i prawie władował się pod samochód. Po prowizorycznym spakowaniu bagaży na motocykl przenieśliśmy się kilka kilometrów wgłąb miasta, do części turystycznej. Ponownie wybraliśmy hostel, tym razem jako łóżko w pokoju wieloosobowym. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Pagody Thien Mu do której wstęp był darmowy. Pagoda jest miejscem w której wciąż przebywają mnisi. Jeden z nich zasłynął w przeszłości bezprecedensowym aktem sprzeciwu w postaci samospalenia. Sprzeciwiał się on południowo wietnamskiemu reżimowi (popieranym przez Stany Zjednoczone), którego Prezydent był wyznania katolickiego i dążył aby ta religia była dominującą, dlatego też prześladował m.in. buddystów. Ciekawy materiał wyjaśniający to wydarzenie ukazuje krótki dokument, który można zobaczyć TUTAJ.
Następnie udaliśmy się pod kolejną pagodę. Wstęp, który miał kosztować 50 000 podrożał do 150 000. Skutecznie nas to zniechęciło, uznaliśmy, że limit i tak przekroczyliśmy przez policję. Udaliśmy się do kolejnej, mało znanej i najgorzej ocenianej, która miała być darmowa, natomiast i do niej ustalono bilet wstępu w wysokości 50 000. Ironicznie zaśmialiśmy się przed kasą biletową i zawróciliśmy.
Daliśmy sobie spokój z pagodami, wybraliśmy się do opuszczonego wodnego parku rozrywki. Wstęp na teren parku jest podobno nielegalny. Jednocześnie jest to jedna z głównych atrakcji Hue. Najpierw podjechaliśmy pod główną bramę, gdzie strażnicy nas zawrócili. Postanowiliśmy zatrzymać się wcześniej, gdzie starsze panie za 10 000 oferowały parking przy drodze, która prowadziła do lasu. Z aplikacji maps.me wyglądało, jakby ścieżka ta miała prowadzić boczną drogą na teren parku. Po przejściu 400 m spotkaliśmy rodzinę wietnamską, która również próbowała się dostać na teren parku. Poszliśmy przodem. Nagle na drodze zatrzymał nas ochroniarz, który kazał nam zawrócić. Posłuchaliśmy go a kątem oka Krzysiek dostrzegł, że rzekomy ochroniarz przepuścił dalej wietnamską rodzinę. W pewnym momencie zaczął za nami jechać, sprawdzając, czy na pewno wyjdziemy. My troszkę oburzeni powiedzieliśmy, że chcemy wrócić w tamto miejsce, gdyż stamtąd chcemy iść do pobliskiego klasztoru. Widząc, że nie odpuścimy odjechał. My oczywiście udaliśmy się w stronę parku, gdzie po drodze minęliśmy panią sprzedającą zimne napoje. Świadczyło to o tym, że jest to typowo turystyczna ścieżka. Na miejscu spotkaliśmy również kilku turystów. Całość parku wyglądała lekko apokaliptycznie. Główną atrakcją była wieża w formie smoka na jeziorze. Po drodze musieliśmy uważać, gdyż gdzieniegdzie przejeżdżali strażnicy którzy finalnie udali się prawdopodobnie na lunch. Po zwiedzeniu terenu parku zrobiliśmy to samo.
Tego dnia było bardzo ciepło. Pierwszy raz od 3 tygodni doświadczyliśmy pełnego słońca, więc po powrocie do hostelu musieliśmy skorzystać z prysznica by się orzeźwić. Następnie musieliśmy zaspokoić kolejną z podstawowych potrzeb, czyli pragnienie. Z tym nie było problemu, gdyż wiele restauracji oferowało lane piwo za 1,7 zł. Teraz mogliśmy już zostawić motocykl i centralną część miasta zwiedzać pieszo. Udaliśmy się w kierunku Pałacu Królewskiego.
Miasto Hue stanowiło stolicę Państwa Wietnamskiego do 1945 roku. Wtedy też Ho Chi Minh ogłosił przeniesienie stolicy do Hanoi. Miasto znajdowało się podczas wojny wietnamskiej blisko części zdemilitaryzowanej, dlatego też podczas operacji “TED” w której północno-wietnamskie oddziały wraz z rebeliantami z Wietkongu próbowały opanować miasto. Walki na ulicach trwały długo i były dość brutalne. Niestety, podczas tego konfliktu w większości uległ zniszczeniu Pałac Królewski. Miejsce, które było zrekonstruowane, bilety były drogie (również znacząco podrożały w stosunku do roku wcześniejszego) oraz niedługo miało zostać zamknięte zniechęciło nas do zakupu biletu wstępu. Z wyczytanych recenzji Pałac ten jest mniejszą wersją Zakazanego Miasta w Chinach. Przez to też stwierdziliśmy, że lepiej odwiedzić Chiny. Zaoszczędzone pieniądze postanowiliśmy wydać na jedzenie, próbując potrawę na którą już od dawna czekaliśmy, czyli Nem Lui. Są to szaszłyki wieprzowe z trawą cytrynową grillowane na trawie cytrynowej lub pałeczkach, podawane z warzywami i ziołami oraz papierem ryżowym do samodzielnego zawinięcia w spring rollsy, podawane z sosem z orzeszków ziemnych. Wieczór spędziliśmy na tarasie naszego hostelu, popijając piwo i mocząc nogi w basenie.
Informacje praktyczne
- Mandat za brak prawa jazdy kategorii A – 2 400 000 dong
- Nocleg na trasie do Hue – 200 000 dong
- Zupa Pho – 40 000 dong
- Nem Lui – 50 000 dong
- Smoothie owocowe – 30 000 dong
- Nocleg w Sunshine hostel 3 Hue – pokój 10 os. ze śniadaniem/noc – 24 zł/2 os.
- Wstęp do Imperial City – 250 000 dong
- Piwo lane 0,33 l – 10 000 dong
- Piwo w puszce w sklepie 0,33 l – 10 000 dong
- Kebab z kurczakiem – 17 000 dong
1 dong = 0,00017 zł