Menu
Wspólnie poznane
  • O nas
  • Poznane
    • Azja
      • Tajlandia
      • Birma
      • Laos
      • Wietnam
      • Kambodża
Wspólnie poznane

Da Lat – stolica wietnamskiej kawy

Napisano dnia 12 kwietnia, 202012 kwietnia, 2020

Wstaliśmy dość wcześnie, gdyż ponownie czekała nas długa, wręcz całodniowa trasa. Plan był taki aby dojechać jak najbliżej górskiego kurortu Da Lat. Nie mieliśmy zatem zbyt dużo czasu by zwiedzać coś po drodze ale skusiliśmy się na dwie atrakcje. 

Pierwsza z nich to krater powulkaniczny zlokalizowany niedaleko miasta Kon Tum, który obecnie służy za pola uprawne i pastwiska (dla lokalnych z pewnością nie była to żadna atrakcja). 

Drugą natomiast była świątynia buddyjska w głównym mieście regionu – Pleiku. W całości wraz z dachem i rzeźbieniami wykonana z żelbetu. Cicha i pusta, spotkaliśmy jedynie psy, które wydawały się chronić świątynię, szczekając na nas próbowały nas wyprosić. 

Większość trasy biegła przyjemną drogą z lekkimi wzniesieniami lub spadkami pośród wiejskich miejscowości. W końcu cieszyliśmy się nieustannym słońcem. Nieustannie też towarzyszyły nam plantacje kawy na otaczających drogę wzgórzach. Największą przyjemnością na trasie był postój w knajpach opisanych jako “kawa hamakowa”. Serwowały one jedną z lepszych kaw jakie mieliśmy okazję próbować w naszym życiu (nie ma się co dziwić skoro każdy w tym rejonie bardzo dobrze znał się na kawie i jej przygotowaniu).
Kawę, oczywiście z dużą ilością lodu oraz mlekiem skondensowanym spożywało się na hamaku. Cały proces picia kończył się krótką, 15 minutową drzemką. Oboje uznaliśmy, że takie rozwiązanie wprowadzone przez pracodawców na pewno przyczyniłoby się do wzrostu pozytywnego samopoczucia u pracowników.

Po drodze wstąpiliśmy również na obiad podczas którego lokalni rolnicy zaproponowali nam abyśmy razem napili się jakiegoś trunku wyglądającego jak bimber. Byliśmy ciekawi co to jest, więc się zgodziliśmy ale po chwili właściciel knajpy podszedł i powiedział żebyśmy nie pili bo mocne. Po pewnym czasie rolnicy znów nas zaczęli namawiać i tym razem się skusiliśmy, ale zamiast proponowanej szklanki alkoholu wypiliśmy mały kieliszek. Okazało się, że jest to faktycznie jakiś bimber ale jak na nasze głowy to bardzo słaby bo ok. 30 %.  

Gdy zbliżał się zachód słońca zatrzymaliśmy się w pierwszym większym mieście w guest hous’ie Nhà nghỉ Thăng Long. Wieczorem wybraliśmy się do galerii handlowej, gdyż trochę nam brakowało nowocześniejszych sklepów. Rankiem natomiast kupiliśmy kanapki z omletem i z powodu braku jakichkolwiek ławek publicznych w mieście zmuszeni byliśmy usiąść na ławkach na zewnątrz kościoła w centralnej części miasta i tam zjeść na spokojnie śniadanie. Na szczęście przechodzącym księżom nie robiło to problemu.

Nie mogliśmy zbyt długo zwlekać z dalszą drogą, gdyż wciąż pozostało nam 250 km do Da Lat. Tym bardziej że końcówka trasy to ciągła wspinaczka do górskiego miasta. Początek drogi nie był jednak łatwy. 

Po kilkunastu kilometrach nagle, podczas jazdy Krzysiek zaczął krzyczeć i zjeżdżać na pobocze – okazało się, że jakiś owad (osa, pszczoła ale raczej coś jeszcze większego jak szerszeń) wleciał mu do kasku w okolicach ucha i nie umiejąc się wydostać ukąsił go w skroń. Po 20 minutach i wypiciu wapna lekko sparaliżowany Krzysiek z opuchniętą twarzą wsiadł na motocykl i wyruszyliśmy w dalszą drogę. 

Podczas trasy ponownie mijaliśmy głównie plantacje kawy oraz odpoczywaliśmy przy “kawie hamakowej”. Jechaliśmy i jechaliśmy aż dotarliśmy do drogi, która wspinała się do naszego celu. Mieliśmy duże opóźnienie a jak się okazało i tak musieliśmy wydłużyć trasę, gdyż nie mogliśmy przejechać autostradą (dozwolona tylko dla samochodów). Wspinając się drogą do miasta robiło się coraz później i chłodniej. Znów zaczęliśmy przemarzać ale wiedzieliśmy, że dotrzemy do celu. Ulokowaliśmy się w przyjemnym hostelu w pokoju 2 osobowym. Wieczorem spacerowaliśmy po mieście, gdzie centrum jest jednym dużym targiem na którym można było kupić od truskawek po buty “Suprema”. 

Kolejnego dnia mieliśmy dzień przerwy od długich przepraw. W planach był wodospad, świątynia buddyjska z posągiem Lady Budda oraz wesołego Buddy, a także plantacja kawy gdzie można było spróbować Kopi Luwak czyli najdroższej kawy na świecie. 

Wodospad o nazwie Elephant Waterfall był ładny, jeden z lepszych jakie widzieliśmy od czasu Tajlandii ale niestety czuć było od niego odór ścieków. Świątynia przyjemna, gdyż bez natłoku turystów. Posąg Lady Budda trochę jak Jezus w Świebodzinie ale za to można było wejść na samą górę i zobaczyć widok na okolicę i wodospad. 

Na plantacji kawy wypiliśmy dwa typy kawy: pierwszą już wspomnianą Kopi Luwak czyli kawę (arabika), która w procesie produkcji jest zjadana (jeszcze jako owoc) przez zwierzaka o nazwie Łaskun, a następnie wydalana (już w postaci ziarna kawy), która później jest obrabiana w sposób tradycyjny. Drugim typem była wietnamska kawa moka (mocniejsza niż arabika). Za szklankę kawy “z odchodów” łaskuna zapłaciliśmy 95 000 (ok. 16,20 zł, moka natomiast ok. 11 zł). Mówią, że dzięki procesowi trawienia przez tego miłego zwierzaka kawa nabiera łagodniejszego aromatu co możemy potwierdzić. Czy było warto? Myślimy, że tak ale tylko by spróbować. Na co dzień zwykła kawa arabika dobrze przygotowana nam wystarczy. Kawa moka faktycznie była mocniejsza i w połączeniu z słodkim mlekiem skondensowanym (bo tak podawana jest wietnamska kawa) smakowała nam dużo bardziej. 

Wracając do hostelu zaliczyliśmy wizytę u mechanika, gdyż straciliśmy po drodzę śrubę mocującą bagażnik i groziło, że przy pełnym obciążeniu bagażnika może on się złamać. 

Wieczorem zjedliśmy pyszne Bun Cha Hanoi oraz udaliśmy się na drinka do Maze Bar. Nie jest to typowy pub. Składa się on z 5 kondygnacji (1 podziemnej i 3 nadziemnych) połączonych różnymi przejściami, tunelami, schodkami czy drabinkami, zdobiony wewnątrz różnymi dziwnymi rzeźbami i zdobieniami nadając demoniczny i tajemniczy klimat. Na całym obszarze jest dość ciemno i jest mnóstwo miejsc by w samotności i ciemności wypić swojego drinka. Bar z drinkami znajduje się na parterze przy wejściu oraz na najwyższej kondygnacji. Dodatkowo za budynkiem znajduje się 3 poziomowy duży ogród w którym też bardzo łatwo można było się zgubić. My naszego pierwsze drinka piliśmy, krążąc po budynku przez 1h. Później dotarliśmy na najwyższą kondygnację i kolejnego wypiliśmy na balkonie. Świetny pomysł, świetne wykonanie i świetna zabawa. Każdemu będącemu w tym mieście koniecznie tę atrakcję polecamy! 

Informacje praktyczne

  • Kawa Kopi Luwak – 95 000 dong (szklanka)
  • kawa ‚hamakowa’ – od 12 000 do 20 000 dong
  • nocle w  Nguyen Minh Hostel – 66 zł/pokój 2 os., 2 noce ze śniadaniami
  • drink w Maze Bar – 60 000 dong
  • truskawki mały kubek – 10 000 dong

kurs 

1 dong = 0,00017 zł

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze wpisy

  • To już jest koniec
  • Stolica Khmerów i pożegnanie przyjaciela
  • Rajska wyspa?
  • Nowy kraj, nowa straszna historia – Kambodża
  • Sajgon i ostatnie dni w Wietnamie
©2026 Wspólnie poznane | Powered by SuperbThemes & WordPress