Tym razem będzie długi tekst ale musieliśmy opisać choć w skrócie historię kraju by pomóc zrozumieć odwiedzone przez nas miejsca.
Wstaliśmy stosunkowo wcześnie, chcieliśmy zacząć przejazd gdy jeszcze nie jest gorąco. Po drodze mieliśmy w planie znaleźć kantor aby wymienić dongi ma dolary. Mapy jednak nie wskazywały żadnych kantorów w pobliżu, uznaliśmy że na granicy powinna być możliwa wymiana pieniędzy.
Na trasie zatrzymaliśmy się kolejno na mrożona kawę, niesmaczną pizzę oraz sok z trzciny cukrowej w postaci dwóch kubków na łebka. W pobliżu granicy zakupiliśmy również kanapki oraz ponownie mrożoną kawę.
Dotarliśmy na przejście graniczne. Od razu na wstępie zaczęli nas zagadywać lokalni czy chcemy wymienić gotówkę, żebyśmy dali im paszport a załatwią nam przejście itp. My chcieliśmy się tylko dowiedzieć czy między przejściami znajduje się jakiś kantor by moc otrzymać dolary (wizę kambodżańską opłaca się na przejściu w dolarach), jednakże nawet panie obsługujące na przejściu nie chciały nam udzielić żadnych informacji mówiąc wymijająco, że nie widzą. Oczywistym było, że nie chcieliśmy wymieniać gotówki u lokalnych, która mogła być niewiadomego pochodzenia.
Podirytowani uznaliśmy, że jedynym rozwiązaniem jest powrót do najbliższego miasteczka i tam próba wymiany pieniędzy w banku. Przejechaliśmy zatem 10 km, jednakże każdy z banków w jakim się zatrzymywaliśmy był już zamknięty (była sobota, około godziny 11:15 zaraz przed siestą). Finalnie otrzymaliśmy od kogoś informacje aby skierować się na targowisko. Tam też po kilku zapytaniach lokalnych dotarliśmy do jubilera, który również wymieniał gotówkę. Ciężko było nam połapać się w wymianie (dongi na dolary a to na złotówki i z powrotem), finalnie jak policzyliśmy, że kurs był całkiem korzystny i w końcu byliśmy zaopatrzeni w dolary amerykańskie. Tak, dolary amerykańskie bo jest to waluta akceptowalna w Kambodży. Są one nawet bardziej pożądane niż lokalny rial kambodżański.
Mogliśmy finalnie wrócić na przejście graniczne, to co jednak działo się po stronie wietnamskiej przeszło nasze wyobrażenia. Stojąc w kolejce do okienka wizowego co chwilę podchodziły tam nowe osoby podając paszport strażnikowi granicznemu, następnie po chwili go otrzymywały i przekazywały ich właścicielom. Tak zwani konicy wkładali do paszportu gotówkę w wartości 200 000 aby celnik jak najszybciej wbił pieczątkę nie sprawdzając nawet kto przechodzi przez przejście. Korupcja pełna gębą. Po jakimś czasie już wszyscy wkładali gotówkę do paszportu chcąc jak najszybciej być obsłużonym. Otwarte było tylko jedno okienko, w związku z tym celnik musiał naprawdę się nieźle wzbogacić. Nawet Chorwatka stojąca za nami poszła za tłumem i również „dała w łapę”. My poczekaliśmy do końca, gdyż nie będziemy przykładać ręki na takie zachowania. Czy można sobie w ogóle wyobrazić aby taka sytuacja miała miejsce w Polsce? Na oczach wszystkich otwarta korupcja na przejściu granicznym? To tylko wzmogło już chęć zmiany kraju. Choć z opowieści Polaka spotkanego na przejściu usłyszeliśmy, że w Kambodży to jest dopiero Sajgon!
Gdy na blacie strażnika nie było już żadnych innych paszportów „obsłużył” nasze. Teraz tylko zostało nam do przeprowadzenia motocykl przez stronę wietnamską, co też mogło a raczej wręcz miało łączyć się z łapówką. Ku naszemu zdziwieniu nic takiego nie miało miejsca. Strażnicy się wesoło do nas uśmiechali i kazali jechać. Szok (bo dużo czytaliśmy, że trzeba płacić).
Teraz strona Kambodżańska. Najpierw aplikacja o wizę, która miała kosztować 30$. Daliśmy strażnikowi wnioski i po 60$. Po chwili otrzymaliśmy wizę. Kolejny szok, bo spotkany Polak powiedział, że zawsze musiał zapłacić 35$ bo mu narzucali „jakąś” opłatę dodatkową. Motocykl i tym razem udało nam się przeprowadzić bez zbędnych wydatków. Jak nam się to udało (tak jak na przejściu Laos – Wietnam)? Nie wiemy, może komentarze są przesadzone, może wyglądaliśmy biednie, a może im się nie chciało bo była siesta.
Ruszyliśmy w kierunku stolicy. Po drodze wybraliśmy pieniądze z bankomatu (dolary), a także zatrzymaliśmy się na pierwszy posiłek w nowym kraju – oczywiście ryż i zupa.
Drogi były w znacznie gorszym stanie ale za to ruch był mniejszy niż w Wietnamie. Wiedzieliśmy, że nie dotrzemy tego samego dnia do Phnom Phen więc przed zachodem zatrzymaliśmy się w małym miasteczku. Nocleg za 6$ z wiatrakiem i zimną wodą (przy 35 stopniach w ciągu dnia i 28 w nocy to brzmi świetnie). Jedna z głównych dróg miasta była zablokowana, bo odbywało się na niej wesele. Myśleliśmy, że jesteśmy jedynymi turystami ale okazało się, że są również inne osoby podróżujące na jednośladach. Zjedliśmy kolację, „ukradliśmy” trochę Internetu z restauracji i wróciliśmy do guest house’u.
Kolejnego dnia dotarliśmy do Phnom Phen. Jadąc zgodnie z google maps wjechaliśmy pod prąd w ulicę jednokierunkową. Tam już czekali mundurowi.
Pierwsza myśl – o nie zbankrutujemy. Pan policjant powiedział, że złamaliśmy przepisy i że muszą zatrzymać motocykl na 3 dni. Super, pomyśleliśmy bo i tak mieliśmy zostać 3 dni a nie mieliśmy gdzie go bezpiecznie przetrzymać. Powiedzieliśmy ok, że skoro trzeba to trzeba. Policjant się zdziwił i powiedział, że możemy też zapłacić mandat – 20 $. Tym razem nie przejmowaliśmy się czasem. Powiedzieliśmy, że wolimy zostawić motocykl bo to za drogo dla nas. Zapytał ile możemy zapłacić – Krzysiek powiedział 1$. On na to że nie ma opcji. No to my że niech bierze motocykl. To on że 2 $ …. My wiedzieliśmy, że 1$ to standard ale już nie chcieliśmy robić sobie problemów i zapłaciliśmy ostatecznie 10 tyś. Rieli (2,5$) bo nie mieliśmy drobniejszych nominałów.
Nocleg mieliśmy w centrum części turystycznej w pokoju z widokiem na korytarz. Resztę dnia poświeciliśmy na odpoczynek, smakowanie lokalnych piw oraz wieczorny spacery po mieście. Tutaj zobaczyliśmy jeszcze więcej pań do towarzystwa oraz największą w całej Azji ilość „nie azjatyckich” panów po 65. roku życia z młodziutkimi Kambodżankami.
Następnego dnia czekała nas bardzo trudna lekcja historii. Zwiedzić bowiem mieliśmy „pola śmierci” oraz byłe więzienie S-21. Historia Kambodży jest bardzo trudna, szczególnie ta najnowsza. W przeszłości mieszkający na tych ziemiach Khmerowie byli imperium. Później musieli jednak uznać wyższość swoich sąsiadów. Najpierw Tajskich (Ayutthaya), później przez Wietnam (pod protektoratem Francji), a w czasie II wojny światowej przez Japończyków.
Gdy podczas wojny wietnamskiej w Kambodży panował rząd, który miał przychylność USA, to w południowej części Laosu tworzyły się różne partyzantki na tle etnicznym wspierane przez komunistów z Chin i Północnego Wietnamu. Jedną z nich funkcjonującą do tej pory jako frakcja partii komunistycznej była grupa Czerwonych Khmerów.
Po przegranej wojnie w Wietnamie, Amerykanie wycofali się, pozostawiając przy okazji rząd Kambodży bez wsparcia. Wtedy też władzę przejął Pol Pot, który stał na czele Czerwonych Khmerów, a to tej pory był postacią bardzo tajemniczą. W 1975 utworzono Demokratyczną Kampuczę. Wprowadzono „Rok Zerowy”. Politykę, która miała wyprzeć ze społeczeństwa wszystkie nowe wynalazki, całą dotychczasową wiedzę. Ludzie mieli być równi, pracować na roli, by wyżywić cały naród i sprawić, że Kamupcza będzie niezależna od innych krajów. Ludzi wykształconych uznano za „zniszczonych” amerykańską kulturą i stylem życia. Postanowiono ich zlikwidować, a ludzi prostych bez wykształcenia wysłać do pracy na wieś. Nie trudno było trafić na listę skazańców – wystarczyło mieć zbyt delikatne dłonie, okulary lub mówić w obcym języku.
Z czasem zaczęto nawet mordować samych członków Czerwonych Khmerów (m.in. ministrów), którzy właśnie nosili okulary lub wydawali się zbyt „zagraniczni”.
Rozpoczęto również czystki na tle etnicznym i religijnym. Dzieci zostały wysłane do obozów pracy, gdzie miały być także „resocjalizowane” a następnie szkolone do walki z odwiecznym wrogiem za którego wybrali Wietnamczyków.
Podczas rządów Pol Pota oraz całej partii zmarło z powodu zabójstwa, głodu lub wycieczenia od 10-25% populacji kraju (szacuje się że nawet 2,5-3 mln ludzi). Do dziś ciężko obliczyć ostateczną liczbę, gdyż nadal są znajdowane nowe pola śmierci na terenie kraju.
Krwawe rządy skończyły się w 1979 roku kiedy to Wietnamczycy zajęli tereny Kambodży.
Pol Pot uciekł i żył w Tajlandii do 1998 roku (ostatni rok po osądzeniu w areszcie domowym).
Najpierw udaliśmy się na pola śmierci, a później do więzienia. Powinniśmy raczej tę trasę odwrócić, gdyż tak ją też przebywali więźniowie, drogą która istnieje do dziś. Tak też opiszemy te miejsca.
Więzienie S-21 było pierwotnie liceum w centrum miasta. Po przekształceniu mało kto wiedział, co dzieje się w środku. Najpierw zobaczyliśmy blok A – blok tortur. Straszne miejsce. Pomieszczenia gdzie jeszcze wisiały tablice szkolne przesiąkały wręcz śmiercią. W każdym z nich zamurowano otwory napowietrzające by temperatura w środku była wyższa i by nie było słychać jęków więźniów. W każdym z nich na środku stało stalowe łóżko oraz pojemnik po amunicji. Na ścianach wisiało jedno zdjęcie w każdym z pomieszczeń. Było to zdjęcie wykonane zaraz po wejściu do tych pomieszczeń przez Wietnamczyków. Widniały na nich te same łóżka, które były w pokoju a na nich zwłoki zmasakrowanych, połamanych, rozciętych na brzuchu ciał. Nawet teraz pisząc to mamy dreszcze.
Następnie przeszliśmy do bloków C. To miejsce przypominało już więzienie. Każda sala została podzielona na małe cele w konstrukcji drewnianej lub murowanej.
Blok D został zmieniony na muzeum poświęcone pamięci zamordowanych. Z szacowanych 17 tyś. więźniów przeżyło… 12 osób. Jedną z nich spotkaliśmy na terenie więzienia, sprzedającą swoją książkę opowiadającą swoją historię.
Z więzienia skazańcy byli przewożeni do tzw. Pól śmierci (pierwotnie był to cmentarz chińskich rolników z XII w.). Po kilkanaście osób dziennie. Wieczorem, niczego nie świadomi. Po dotarciu na miejsce słyszeli oni tylko propagandowe dźwięki z głośnika na środku cmentarza oraz generator prądu o silniku diesla. Amunicja był zbyt cenna. Mordowano różnymi przedmiotami, siekierą, prętem, łomem czy innymi narzędziami rolnymi, czy nawet fragmentem palmy, która ma ostrą korę.
Idąc miedzy dołami docieramy najpierw do największej masowej mogiły na tych polach śmierci. W mogile odkryto 400 ciał. Czasem można było dostrzec resztki kości ludzkich. Największy szok i przerażenie wzbudziła na nas jednak kolejna masowa mogiła. Ponad 100 ciał kobiet i dzieci, które były w większości nagich. Sposób mordowania dzieci był dla nas nie do pojęcia. Obok mogiły stało duże drzewo na którym roztrzaskiwano ich głowy (od kilkumiesięcznych), a następnie wrzucano je do grobu. Niepojęte.
Na środku stanął budynek w którym zmagazynowano szczątki (głównie czaszki i większe kości) ofiar ludobójstwa. W dolnej części zamieszczono przedmioty zbrodni oraz oznaczono na czaszkach jaka broń została użyta.
Rankiem kolejnego dnia wyjechaliśmy w godzinach szczytu z Phnom Phen i skierowaliśmy się w stronę upragnionego wylegiwania się na plaży, czyli wyspy Koh Rong .
Informacje praktyczne
- Nocleg w 19 Happy House Backpacker 15 $ / 2 noce / pokój 2 os.
- Opłata za wypłatę z bankomatu – 4 do 5$
- Wstęp na pola śmierci – 6 $
- Wstęp do muzeum więzienia S-21 – 2 $
- Wiza do Kambodży – 30$
- Benzyna 95 – ok 3,6 zł / litr
- Czyszczenie gaźnika u mechanika + serwis – 5$
- Dania w knajpkach – 2-5$
- Piwo 0,33 – 2,3 zł (w sklepie) oraz 1$ (w restauracji)