Menu
Wspólnie poznane
  • O nas
  • Poznane
    • Azja
      • Tajlandia
      • Birma
      • Laos
      • Wietnam
      • Kambodża
Wspólnie poznane

Wietnamska stolica kuchni

Napisano dnia 4 kwietnia, 202022 czerwca, 2020

16.02 wstaliśmy dość wcześnie, gdyż tego dnia chcieliśmy się jak najwcześniej przedostać do miejscowości Hue. Skończyło się słońce i prognoza pogody pokazywała cały dzień opady deszczu. Tak też się stało, padać zaczęło już podczas naszego śniadania. Niestety, prognoza pogody wskazywała, że we wszystkich nadmorskich miejscowościach nie ma co liczyć na przebłyski słońca. 

Podczas wyjeżdżania z hostelu wietnamski kierowca mototaksówki ostrzegł nas żebyśmy uważali i wskazał w kierunku motocykla. Nie za bardzo go wtedy zrozumieliśmy o co może chodzić. Zrozumieliśmy to dopiero po chwili, gdy jadąc w ruchu ulicznym jeden z Wietnamczyków na skuterze zaczął na nas machać i wskazywać na tylne koło. Zatrzymaliśmy się na poboczu a on powiedział, że mamy poluzowane tylne koło, musimy jechać do mechanika i on nam wskaże do którego. Krzysiek postawił motocykl na stopce, sprawdził łożyska ale wszystko było w porządku. Wtedy połączyliśmy fakty i zrozumieliśmy, że próbuje nas po prostu naciągnąć. 

Niestety, takie kłamstwa i innego typu nieczyste zagrania jak np. zatrzymanie cię, wmówienie, że nie można jechać dalej i trzeba zaparkować na parkingu za który pobierają opłatę a w rzeczywistości kilka metrów dalej znajduje się bezpłatny postój, zdarzały się niejednokrotnie w Wietnamie ale w 99 % przypadków na terenach typowo turystycznych. Wietnamczycy których spotykaliśmy na prowincjach i w miejscach nieturystycznych byli bardzo mili a nawet jeśli nie mili, to nie mieli w zwyczaju oszukiwania obcokrajowców. 

Trasa była bardzo nudna, dlatego też postanowiliśmy odbić w kierunku bocznej drogi, która prowadziła przez wzgórze blisko morza. Początkowo myśleliśmy, że ta trasa będzie mało uczęszczana ale po ilości turystów na wynajętych motocyklach z prywatnymi kierowcami, zorientowaliśmy się, że przejazd tą trasą jest atrakcją turystyczną. Dla nas widoki były skromne, a im wyżej wyjeżdżaliśmy tym robiło się zimniej i bardziej mglisto. W pewnym momencie usłyszeliśmy huk, a po chwili zobaczyliśmy wywrócony skuter na jezdni i lekko oszołomionego Wietnamczyka. Pomogliśmy mu się pozbierać i zapytaliśmy czy wszystko jest ok. Widać było lekkie roztrzęsienie w jego ruchach ale wsiadł na skuter i pojechał dalej. Wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że droga jest bardzo śliska i zjeżdżanie w dwójkę z naszym ciężkim bagażem po tej krętej trasie może być niebezpieczne. Niestety, wtedy nie mieliśmy już odwrotu. 

Na samym szczycie była bardzo słaba widoczność, mocno wiało a temperatura odczuwalna sięgała około 14 stopni. Zaczęliśmy ostrożnie zjeżdżać, wciąż mijając nowe wycieczki. W pewnym momencie na jednym z zakrętów zauważyliśmy w oddali miasto z wieloma wieżowcami. Niedługo mogliśmy się nacieszyć tym widokiem, gdyż chmury szybko przysłoniły nam ten obraz. Zjechaliśmy jeszcze kilkadziesiąt metrów niżej i mgła całkowicie zniknęła a asfalt był zupełnie suchy. Byliśmy w szoku jak jedno wzniesienie zatrzymało chmury niosące deszcz. Zjechaliśmy kolejne kilkadziesiąt metrów i cieszyliśmy się błękitnym niebem. Dziwiły nas tylko osoby, które jechały na wzgórze w krótkich spodenkach i koszulkach. Wyschnięcie zajęło nam tylko chwilę, zdjęliśmy peleryny, polary i ruszyliśmy dalej.

Po drodze nastąpiła mała awaria – przestał działać wskaźnik prędkości w motocyklu. Zatrzymaliśmy się więc u jednego mechanika, który wymienił nam jakąś część, niby zaczęło działać ale wciąż wydobywał się z przedniego koła dziwny dźwięk. Krzysiek spytał czy to nie łożyska, mechanik sprawdził je i powiedział, że nie trzeba ich wymieniać. Oczywiście mając na myśli “powiedział” chodzi mi o język werbalny, gdyż prawie żaden mechanik nie potrafił ani słowa po angielsku. Zapłaciliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę, która nie trwała za długo, gdyż po ok 20 km dzwięk był już tak wyraźny, że zdecydowaliśmy się na kolejną wizytę. Dodatkowo ponownie przestał działać licznik. Tym razem bardzo miły mechanik od razu wymienił łożyska oraz tą samą część co poprzedni mechanik mówiąc, że nie była ona nowa. Za wymianę 2 części zapłaciliśmy tyle samo co u poprzedniego mechanika. Tym razem na szczęście wszystko działało sprawnie i dojechaliśmy do miasta Hoi An.

Jest to miasto, które słynie z przepięknej dawnej zabudowy francuskiej, japońskiej i holenderskiej oraz bardzo dobrej lokalnej kuchni. Miasto przetrwało w dawnej formie architektonicznej w dużej mierze za sprawą Polaka – Kazimierza Kwiatkowskiego, polskiego archeologa, który przekonał władze wietnamskie aby nie burzyły centrum historycznego na rzecz budowy wieżowców i hoteli. W centrum miasta, w parku nazwanym imieniem Polaka stoi jego popiersie. 

Pierwotnie chcieliśmy się zatrzymać w guest hous’ie z pokojem dwuosobowym, niestety Pani właścicielka powiedziała, że nie ma już wolnych miejsc ale może nam zaproponować elegancji apartament z pięknym widokiem na obrzeżach miasta. Gdy podała cenę 500 000 (ok. 85 zł) od razu podziękowaliśmy. Wtedy zaproponowała 400 000, później 300 000, jednak widzieliśmy już na bookingu tanią ofertę hostelu wieloosobowego na który finalnie zdecydowaliśmy się. Okazało się, że był to strzał w 10. Pomimo, iż pokoje były wieloosobowe, były one na tyle duże, że każdy miał dużo miejsca dla siebie (w ogóle był to największy hostel jaki kiedykolwiek widzieliśmy – 4 piętra samych pokoi wieloosobowych). 

Hostel dysponował własną stołówką, basenem i barem, w godzinach wieczornych serwując darmowe drinki przez godzinę a następnie za 17 zł drinki w formie “wielkiej dolewki” (pijesz ile chcesz). My Janusze biznesu, kupiliśmy ofertę na jedną osobę wykorzystując ją na nas dwoje (barman musiał być w szoku, gdy Krzysiek co chwila prosząc o dolewkę trzymał się na nogach). Tego wieczoru poznaliśmy również kilku podróżników m.in. Niemca, który samotnie podróżuje od dwóch lat oraz 21-letnią Francuzkę również samotnie podróżującą przez miesiąc. 

Ranek dla Krzyśka był bardzo był bardzo przyjemny, dla mnie trochę mniej. Jednak darmowy alkohol to nie do końca dobre rozwiązanie :). Hoi An zwiedza się spokojnie, spacerując, odwiedzając tradycyjne wietnamskie domy czy też zwiedzając muzea jak np. muzeum tradycyjnej medycyny, świątynie oraz wystawę fotografii kobiet z wiosek etnicznych z całego Wietnamu (wstęp niebiletowany). Kupuje się bilet na podstawie którego można wejść do 5-ciu wybranych przez siebie atrakcji. Prócz zwiedzania nie zabrakło również jedzenia.

Tym razem spróbowaliśmy Cao Lau, Banh Xeo oraz dostępne wyłącznie w Hoi An White Roses. Pierwsze to zimny makaron ryżowy podany wraz z kawałkami wieprzowiny, ziołami, kiełkami, odrobiną mocnego bulionu oraz chipsów ryżowych. Drugie danie to chrupiący naleśnik ryżowy wypełniony mieloną wieprzowiną, krewetkami i kiełkami. White roses to natomiast pierożki wykonane z transparentnego ciasta ryżowego wypełnionego mięsem lub krewetkami, zawiniętym w nietypowy kształt przypominający róże. Niestety nie mamy żadnych zdjęć potraw, gdyż za każdym razem byliśmy tak głodni. że nawet nie myśleliśmy o fotografowaniu.

Hoi An jest wietnamską stolicą kuchni. Można tu spróbować potraw z większości regionów kraju. Jest także przepełnione warsztatami krawieckimi, szewskimi i kaletniczymi, w których można zamówić wykonaną na wymiar całą garderobę. Gdyby tylko nie ograniczały nas plecaki moglibyśmy się sowicie obkupić. 

Po całodziennym zwiedzaniu wróciliśmy do hostelu, tym razem unikając darmowego alkoholu. Po orzeźwiającym prysznicu udaliśmy się w kierunku nocnego targu, który tutaj zajmował dużą część wyspy na rzece, która przepływa przez miasto. Trochę musieliśmy się nachodzić zanim znaleźliśmy posiłek w rozsądnej cenie. Dodatkowo zszokowały nas ceny piwa w knajpach wzdłuż głównej ulicy, które dochodziły nawet do kilkudziesięciu złotych (ok. 40 zł za kufel). My nie mogąc sobie na to pozwolić, kupiliśmy dwie butelki piwa w lokalnym sklepiku, które wypiliśmy nad brzegiem rzeki. Do hostelu wracaliśmy bocznymi uliczkami, gdzie co chwilę przebiegały nam pod nogami ogromne szczury. W hostelu wieczór wyglądał jak co dzień, czyli wielka impreza przy barze. My udaliśmy się spać.

Nie potrafię przejść obojętnie obok żadnego pieska

Pogoda na najbliższe dni zapowiadała się coraz gorzej. Dlatego też postanowiliśmy odbić w stronę mniej turystycznej części Wietnamu, czyli płaskowyżu centralnego z głównym miastem Pleiku, gdzie miało być pogodniej. Dodatkowo wciąż czuliśmy obawy związane ze złapaniem nas przez policję, której posterunki znajdowały się zwłaszcza na drodze AH1 prowadzącej wzdłuż wybrzeża. 

Wiedząc, że tego dnia możemy mocno zmoknąć ubraliśmy sandały a później dodaliśmy nawet skarpetki. Po wydostaniu się z miasta musieliśmy jeszcze fragment przejechać główną drogą AH1, gdzie minęliśmy ze strachem jeden posterunek policji. Tym razem nie zainteresowali się nami. 

Gdy zjechaliśmy z głównej drogi zobaczyliśmy inne, ciekawsze oblicze Wietnamu. Często mijaliśmy zwykle domy, a życie wzdłuż drogi nie opierało się na handlu przez co trasa stała się o wiele bardziej przyjemna. Na trasie zmuszeni byliśmy robić kilka postojów aby przeczekać obfite opady deszczu. Nie zmieniło to jednak faktu, że byliśmy totalnie przemoczeni. 

W pewnym momencie zaczęliśmy ponownie wjeżdżać na wzgórze. Mieliśmy nadzieję, że po pokonaniu tego wzniesienia, tak jak i w przypadku drogi z Hue do Hoi An, wszystkie chmury zatrzymają się właśnie na nim. Najpierw jednak musieliśmy przetrwać i nie zamarznąć. Na szczycie wzniesienia było już nam tak zimno, że zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej na ciepłą kawę (już potrafiliśmy zamówić ciepłą 😀 ). Zapewne widząc jak bardzo jesteśmy przemarznięci, właścicielka lokalu zaserwowała nam również darmową gorącą herbatę. 

Po tej krótkiej przerwie ruszyliśmy w dalszą drogę, zjeżdżając coraz niżej. W pewnym momencie na horyzoncie ujrzeliśmy przebijające się przez chmury błękitne niebo. Naprawdę ciężko nam opisać jak bardzo cieszyliśmy się na ten widok. Gdy tylko dotknęły nas pierwsze promienie słoneczne, zatrzymaliśmy się na poboczu i ustawiliśmy się niczym słoneczniki w kierunku słońca. Sceneria dodatkowo była przepiękna. Przed naszymi oczami był rozciągający się płaskowyż centralny. 

Wiedząc, że tego dnia nie dotrzemy do miejsca docelowego rozpoczęliśmy poszukiwanie guest house’u na naszej trasie. Znaleźliśmy jeden w którym cena była przystępna a sam pokój był bardzo czysty i ładny. Wieczorem udaliśmy się na poszukiwanie jedzenia, co w takich miejscach (totalnie nie turystycznych) naprawdę nie jest łatwe. Gdy znaleźliśmy knajpę pełną lokalsów, zdecydowaliśmy się zostać. Menu przetłumaczyliśmy sobie w translatorze. Kolacja nie była rewelacyjna ale wystarczyła, by zabić głód. W drodze powrotnej kupiliśmy jeszcze po piwku na dobry sen. 

Informacje praktyczne

  • Wstęp do Starego Miasta w Hoi An (5 wybranych atrakcji) – 120 000 dong
  • Nocleg w Bed Station Hostel – 71 zł/ 2 noce, 2 os. pokój 8 os. + śniadanie   
  • White Roses (6 szt.) – 40 000 dong
  • Cao Lau – 40 000 dong
  • Wymiana łożysk, naprawa wskaźnika prędkości – 80 000 dong
  • Galeria fotografii Precious Heritage by Rehahn – bezpłatnie

     

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze wpisy

  • To już jest koniec
  • Stolica Khmerów i pożegnanie przyjaciela
  • Rajska wyspa?
  • Nowy kraj, nowa straszna historia – Kambodża
  • Sajgon i ostatnie dni w Wietnamie
©2026 Wspólnie poznane | Powered by SuperbThemes & WordPress